Witajcie:)
Dziś mam słów kilka o życiu w UK...
W tym kraju żyje się na prawdę miło i mam wrażenie sporo prościej niż w PL pod warunkiem, że zbyt wiele nie chorujecie. Lub napiszę inaczej - chorujecie jakoś normalnie i wystarczy Wam kontakt z GP czyli lekarzem pierwszego kontaktu. Specjalistów mają naprawdę dobrych (co mogę potwierdzić), ale dostać się do nich na audiencję to czasami już wyczyn. Do specjalistów - przypominam, gdyby ktoś nie wiedział - zaliczamy również ginekologów. Przez dziesięć lat mieszkania tutaj (dwie ciąże, dwa porody) nie miałam tutaj kontaktu z ginekologiem (spokojnie, spokojnie - nadrobiłam swoje latając do PL:) Całą ciążę prowadzą Cię położne (nie, nie jedna, żeby było prościej tylko praktycznie za każdym razem inna:) Dodam, że ciąże przebiegały bezproblemowo, więc położna jak widać wystarczyła.
Człowiek jakoś się trzymał w kupie dzielnie 10 lat... aż się posypał. Początek roku przyniósł kilka niespodzianek - w tym nadwątlone zdrowie...
Przez bity miesiąc chodziłam do lekarza GP (za każdym razem innego of kors). Marta w szkole a ja z Marcelem poginałam 40 minut (bo tyle mniej więcej zajmuje droga z wózkiem) do lekarza (swoją drogą teraz bezbłędnie kojarzy budynek i mówi, że tam jest doktor:).
Dwóch pierwszych lekarzy wspominam bardzo miło - wysłuchali mej rzewnej opowieści i próbowali pomóc. Niestety próby pomocy przy najszczerszych chęciach spełzły na niczym i udałam się do lekarza po raz trzeci...
Pani (nazwijmy ją roboczo - dr Wagudaby) wysłuchała mnie, zbadała i... rozłożyła ręce mówiąc, że nie wie jak mi pomóc. Powiedziała, że muszę skontaktować się ze specjalistą, który przyjmuje w szpitalu. W duchu pomyślałam sobie - no nareszcie, doczekałam się tego skierowania:)
O naiwności ludzka!!! Pani podała mi kartkę z... ADRESEM i TELEFONEM do szpitala!!! Normalnie śmiech na sali.
Dodam tylko, że byłam już w tym szpitalu i co muszę oddać - zajęto się mną BARDZO, BARDZO profesjonalnie.
Sprawa druga.
W tak zwanym międzyczasie przyplątał się jeszcze do mnie cholerny kaszel, który rozrywał mi płuca i sprawiał wrażenie jakby mi ktoś grabiami jeździł po kręgosłupie. Zero temperatury, zero kataru, zero dodatkowych objawów, tylko ten kaszel...
Po niecałych dwóch tygodniach stwierdziłam, że już nie mam siły, bo kaszląc czułam już wszystkie mięśnie (nawet takie, o których pani Chodakowska nie ma bladego pojęcia) i udałam się do lekarza. Jakież było moje zdziwienie, gdy znów okazało się, że mam wizytę z dr Wagudaby!!!!
Rejestracja jest telefoniczna i ja nigdy nie jestem w stanie zapamiętać tych mocno obco brzmiących nazwisk:(
Wysłuchała, zbadała (płuca czyste - chociaż tyle). Powiedziała, że mogą wykonać autoantybiotyk na podstawie wydzieliny z gardła - i zamiast wziąć takowy wymaz - dała mi pustą plastikową buteleczkę, w którą mam (za przeproszeniem) splunąć i przynieść do przychodni.
W związku z tym, że organizm smagany infekcją mam już mocno osłabiony, to zaczęłam mieć zawroty głowy i mroczki przed oczami. Tylko weź tu człowieku przetłumacz "mroczki przed oczami" by nie wyszedł aktor Marcin Mroczek z "M jak miłość"! Powiedziałam, że mam coś przed oczami, jakby ruszające się włoski.
Dr Wagudaby wysłuchała i... podała mi karteczkę z numerem telefonu do okulisty:)
I tym sposobem już niebawem będę w posiadaniu wszystkich jakże ważnych numerów telefonów do wszelakich specjalistów!
Na jesień planuję wydać drukiem podręczną książkę telefoniczną:)
To tyle na dziś:) Pa:)
ps. ZDROWIA życzę!