wtorek, 19 czerwca 2018

Nuda panie, nuda:)

Witajcie:)
Znudził mi się mój marynistyczny wieszaczek;) A decha zacna, więc żal było ją wyrzucać. Poza tym dziurki wywiercone w ścianie w konkretnym miejscu, to nie mogą się marnować;) Postanowiłam namalować coś innego. Tak oto powstał nowy wieszaczek na klucze!


Tak, tak moi mili. To ten sam pan, co przewoził gęsi!!! To Mr Mustard:)))


Przez totalny przypadek szukając u wujka Googla inspiracji obrazkowej odnalazłam autorkę tych fantastycznych obrazków!
Panie i Panowie to niesamowita SAM TOFT strona facebook TU.  Wpiszcie w wyszukiwarkę a pojawią Wam się jej klimatyczne prace.



A obrazek, na którym się wzorowałam to Walking Down the Avenue TU
(Zdjęcie pochodzi ze strony Art.co.uk)
Tu jeszcze z nieprzypiłowanymi brzegami. Decha mocno stara i bałam się, że przy piłowaniu ją popsuję (tym bardziej, że oczywiście zabrałam się za to już PO pomalowaniu;))) ale decha dała radę:))

Moja interpretacja odbiega od oryginału przede wszystkim kolorystyką. Fotkę miałam odpaloną w telefonie, więc szczególików też zbytnio nie było widać, ale myślę, że duch obrazka pozostał:)


Na pewno powstanie coś jeszcze z Mr Mustard:))) Szalenie mi się podoba twórczość SAM TOFT. Jej prace idealnie trafiły w mój gust:)))

(Moje obrazki z Mr Mustard powstają tylko i wyłącznie do MOJEGO, domowego użytku. Pierwsza praca powstała jako prezent). 

To tyle na dziś. Miłego, pa:)

Ps. jak Wam się podoba mój nowy wieszaczek?


czwartek, 14 czerwca 2018

Hej, ho , żagle w dłoń!

Witajcie:)
Niedługo na świecie pojawi się kolejny MARCEL. Poznałam kiedyś jego Mamę i znam jego Ciocię, która zawiezie mu te prezenty:) Pomyślałam sobie, że będzie miło przygotować dla niego taką niespodziankę.

Młody Żeglarzu - witaj na barce życia. Oto dla Ciebie dwa małe domki utrzymane w marynistycznych barwach z dodatkiem oliwkowej zieleni.


Domki dla dzieci powstają zawsze z nowego drewna.
Wyższy budynek przyozdobiłam girlandą z imieniem młodego marynarza. Na dole również rok pierwszego wypłynięcia w rejs;)))

Błękitny, oliwkowy i czerwony. Spokojne kolorki odpowiednie dla młodego zdobywcy.


Do kompletu mały niebieski domek z ciemnym dachem. Komina też nie mogło zabraknąć;)


Tu już kolory bez żadnego odstępstwa:) Niebieski w dwóch odcieniach, biały i czerwony. Do tego ster, świeżo złowiona ryba i latarnia dla tych, którzy późną nocą wracają z połowów.


Domki zgłaszam do art-piaskownicy TU do zabawy "chłopiec czy dziewczynka" ?


Mam nadzieję, że domki się spodobają. Będą fajną ozdobą i pamiątką dla MARCELKA:)

To tyle na dziś. Miłego dnia mój Drogi Czytelniku:) Pa:)

poniedziałek, 11 czerwca 2018

Zamiast urodzinowej kartki:)

Witajcie:)
Jakiś czas temu spytano mnie czy mogę zrobić jakąś SPECJALNĄ karteczkę na 40 urodziny. Szczerze mówiąc z karteczkami mi ostatnio nie po drodze, ale czasami nie wypada odmówić;) Zgodziłam się, ale po jakimś czasie wpadłam na lepszy pomysł niż kartka:) Wykonałam telefon i dostałam zielone światło.
Tak oto powstało duże PUDEŁKO (nie mylić z exploding box) na 40 urodziny.


Toaletka, torebka i szpilki - czyli niezbędnik czterdziestolatki;) Róż i szary - wiadomo. Kolory, które ostatnimi czasy u mnie rządzą;)))


Podobne pudełeczka daje się nowożeńcom. Moje pudełko posiada dziewięć przegródek a co za tym idzie - dziewięć miejsc na niespodzianki:)


Każda rzecz opisana, by nie było wątpliwości;)))


PARACETAMOL - niezastąpiony lek w UK;))) Nie mogło go tu zabraknąć!




Grosze, centy i pensy czyli pieniężny niezbędnik globtrotera;)





A w środku oprócz fioletowych cekinów - owo przesłanie. "Miej zawsze otwarte serce i umysł".


Nie mogło też zabraknąć tradycyjnych życzeń.



Pudełko osobie zamawiającej bardzo się podobało. I nie ukrywam, że bardzo mnie to cieszy:)))
Mam nadzieję, że Magdzie też się spodoba:)))

Co sądzicie o takich prezentach?

Miłego dnia moi Drodzy:) Pa:))

poniedziałek, 4 czerwca 2018

Wakacyjne perturbacje:)

Witajcie:)

Za nami urlop w Hiszpanii:)) Wybraliśmy się do Lloret de Mar z wypróbowaną ekipą w składzie 2+2 czyli tak jak u nas. Muszę przyznać, że pomnik się należy koleżance za wyszukanie hotelu (ROSAMAR GARDEN RESORT) z atrakcjami typowo pod dzieci. Baseny pod chmurką, zjeżdżalnie niczym w mini aquaparku, armatki wodne, mini pole golfowe, statek piracki, place zabaw oraz dwa kryte baseny (w tym jeden z jacuzzi:) + siłownia oraz fajne animacje zrobiły swoje.

A do tego dodajcie fantastyczne jedzenie po którym każdy z nas przyjechał z "mocno zaokrąglonym" brzuszyskiem i macie komplet:))

Co ciekawe - w tej miejscowości byłam 22 lata temu - jak ten czas leci;))))

Podczas transferu z lotniska do hotelu zaginęła moja walizka!!! Wysiadaliśmy jako ostatni a tu taka niespodzianka.


Tym razem przysługiwało nam 60 kg bagażu!!!;)  Co daje nam pięć walizek - cztery po 10 kg i jedna po 20 kg. Jak na nas to luksus pełną gębą. (Dla przypomnienia - pisałam o naszych bagażach już TU i TU :)
Na szczęście odnalazła się - w innym hotelu... Lekko dziabnięty współpasażer (Anglik) zabrał moją walizkę. Był z kolegami i zapewne myślał, że to któregoś z nich. Jak się zorientował, że nie, to szybko to zgłosił na recepcji a babeczka obdzwoniła pół hoteli pytając czy ktoś nie zgłaszał zaginięcia:)) Na drugi dzień mogłam m.in. ubrać dzieciom piżamy i nacieszyć się swoimi gaciami (bo wszystkie właśnie wpakowałam w ten zaginiony bagaż;)))

***
Muszę przyznać, że Lloret de Mar - z pierwszego wyjazdu pamiętałam jak przez mgłę. Tylko deptak blisko morza otoczony restauracjami, aquapark - w jakimś pobliskim miasteczku - i ruiny zamku:) No i to, że słońce popaliło mnie w czerwone plamy.

***
Miasteczko fajne z niesamowitym zameczkiem na klifie i zabytkowym kościołem w centrum.


Pozwiedzałabym zapewne więcej, gdybym nie była raczyła być tak uprzejma skręcić nogę drugiego dnia po przyjeździe;))) Na szczęście po kolejnych dwóch dniach mogłam już normalnie chodzić!!! Szok, bo tę nogę miałam już raz zwichniętą (na pierwszym roku studiów, pierwszego dnia przerwy międzysemestralnej;)))))



***
Okazało się, że Marta to BARDZO popularne imię w Hiszpanii:))) Moja córcia z dumą wyszukiwała kolejnych nazw ze swoim imieniem. Nawet najfajniejsza animatorka z naszego hotelu też miała tak na imię:)

***
Do Tossa de Mar wybraliśmy się stateczkiem. Mieliśmy też w międzyczasie obserwować ryby przez szklany pokład, ale to akurat blado wypadło. Samo miasteczko sympatyczne.


***
Do Barcelony postanowiliśmy pojechać sami lokalnym "PKS-em". Kilka dni wcześniej znaleźliśmy dworzec autobusowy, dowiedzieliśmy się o ceny, godziny odjazdów i powrotów. Zdecydowaliśmy się na 9.00. Śniadanie najwcześniej serwowano o 8.00 - zebraliśmy się na tę godzinę i trzydzieści minut później już pędziliśmy na autobus. Na miejscu okazało się, że są dzikie tłumy i osiem miejsc jest dopiero na... 10.30! Postanowiliśmy jechać mimo wszystko tym bardziej, że chłopaki mieli już kupione bilety na stadion. Czyli mieliśmy 1,5 godziny. Stwierdziliśmy, że nie ruszamy się z budynku dworca. Dzieciaki o dziwo - wytrwały bawiąc się swoimi piłeczkami kauczukowymi (hit wakacji;)))

***
A Barcelona wiadomo - piękna! MęŻowie udali się na WIADOMY stadion a my znaleźliśmy sobie inne uciechy.



Taki przecudny park z wieloma atrakcjami.


I zachwycającą fontanną.




Wróciliśmy późnym wieczorem zmęczeni i pełni wrażeń. Maluchy mówią, że to był fajny dzień. Pytam - "a co podobało Wam się najbardziej?"
"Zabawy piłeczkami na dworcu i Mc Donald`s."  Tak, że ten. Warto wybrać się z dziećmi do Barcelony;)))))

***
Buziaki. Przesyłam mnóstwo energii, którą przywiozłam z wakacji;))) Pa!


niedziela, 13 maja 2018

Najdłuższe DIY ever;))

Witajcie:)
Dziś bardzo, bardzo długi post...

Przeglądając stronę kobieceinspiracjle.pl  trafiłam na fotkę mega lampy na trójnogu TU wraz z instruktażem Dalwi czyli Agnieszki - niesamowitej kobiety z głową pełną pomysłów. Zajrzyjcie do niej. Szczególnie polecam wszystkim tym, którzy lubią i szyją ubrania oraz robią dekoracje!

Tak się złożyło, że MąŻ akurat stwierdził, że może czas najwyższy by zmienić lampę w salonie. Podesłałam mu fotkę tej lampy, dostałam zielone światło i machina ruszyła...

I tak oto mam "tymi ręcyma" udzierganą lampę!!! Oto ona!


I zacznę może tak jak na rozdaniu OSKARÓW. Chciałabym serdecznie podziękować - Paulinie (za ogarnięcie transportu), Eli (za udostępnienie Szymona), Szymonowi (za wszystkie porady telefoniczne, wywiercenie otworów w podstawie lampy oraz TEN kabel) oraz Tomkowi (za informację o kijach) bez których ta lampa by nie powstała;)

AKT I czyli jak zdobyć kije

W PL wszystko ładnie pięknie na wyciągnięcie ręki do kupienia w pierwszym lepszym markecie budowlanym. W UK sprawa zaczyna się komplikować już przy pierwszych zakupach.
Wtorek, jakiś czas temu. Szukam kijów do grabi (mają stożkowate zakończenie). Przeglądam internetowe oferty sklepów budowlanych w moim W. Trzonków do grabi nie stwierdzono. Niestrudzona szukam dalej, tym razem kijów do miotły (w końcu podobne, co nie?). Znalazłam, pakowane po pięć. Wiem, że Paulina wraca w środę sama z pracy drogą akurat koło sklepu, gdzie znalazłam kije. Piszę do niej czy dałaby radę podjechać tam ze mną. Pisze, że akurat musi odebrać syna ze szkoły. Myślę sobie, trudno. Jakoś je załaduję na rower. Nie mija dziesięć minut - informuje mnie, że zadzwoniła do siostry i ta podjedzie do szkoły a ona może jechać ze mną. Ucieszona piszę, że sprawdzę pro forma dostępność kijów w magazynie. I zonk!!! Tak jak różne rzeczy kupuję tam od ręki tak akurat na to muszę czekać jeden dzień... Dzwonię do Pauliny i odwołuję akcję... Postanawiam jednak zamówić je i odebrać na drugi dzień. Transakcja płatna kartą lub PayPalem. Wybieram pierwszą opcję i płacę kartą, którą używam TYLKO i wyłącznie do zakupów przez internet. Po dokonaniu płatności dostaję informację, że po odbiór towaru mam zgłosić się z tą kartą i PINem. Oczywiście nie pamiętam go od jakiś przynajmniej kilku lat, bo tak jak wspomniałam kartą tą płacę tylko online... Zaczynam szukać w dokumentach magicznych czterech cyfr. Po niemalże godzinie, gdzie przejrzałam tonę papierów stwierdzam, że DUPA blada. NI MA:(( Instaluję na szybko aplikację mojego banku w telefonie i tam szukam ratunku. Zgłaszam zapomnienie pinu. Nie ma problemu przyślą mi nowy. W ciągu PIĘCIU roboczych dni. Wyboru nie mam żadnego. Pozostaje czekać...

W piątek przed moją pracą listonosz przynosi upragnioną kopertę z pinem. W pracy dzielę się mym szczęściem z Pauliną a ta od razu oferuje pomoc. Umawiamy się pod sklepem. Po drodze przypominam sobie, że muszę jeszcze aktywować nowy PIN w bankomacie*. Na szczęście TESCO jest  tak blisko niczym Biedronka w PL. Radosna pedałuję do sklepu. Przede mną tylko jedna osoba a ciągnie się niemiłosiernie. W końcu moja kolej. Pani przynosi moje upragnione kije. Pokazuję kartę i wbijam PIN. Nie działa. Próbuję jeszcze raz. Pani pyta czy to na pewno ta karta i TEN PIN. Mówię jej, że dostałam nowy i przed chwilą aktywowałam. Rozpacz w moich oczach coraz bardzie widoczna, bo wizja wyjścia ze sklepu z kwitkiem wzrasta... Pani stwierdza, że po prostu muszę wypełnić jakiś formularz i tyle. MAM KIJE!!! Jupiii!!! Paulina bierze je do auta a ja jadę radosna do domu.

Później okazuje się, że te kije jakoś takie małe... No metr dwadzieścia (zgodnie z opisem towaru) nijak nie chce być metrem osiemdziesiąt, który bardziej pasuje do mojej wizji. W planach jest lampa do salonu a nie na stolik nocny. Szybka decyzja. Kije trzeba oddać!!!

Dzwonię do Szymona. Doradza mi inny sklep. W sobotę oddaję kije... W poniedziałek Tomek oświeca mnie, gdzie dostanę dłuuugie kije. W środę jestem szczęśliwą posiadaczką trzech dwóch i pół metrowych kijów (które docelowo służą do wyrównywania asfaltu;) Jest moc!!!

AKT II w poszukiwaniu kabla idealnego

W PL bez problemu dostaniemy kabel do lampy z wtyczką i przełącznikiem. Tu mam problem by w ogóle dostać kabel do lampy. Wszystko kupuję osobno. Chciałam biały kabel dwużyłowy. Białego niet. Zresztą znaleźć dwużyłowy to już wyczyn. Ostatecznie kupuję szary... Jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma.

Prądu się boję. Nie będę ściemniać. Ale chęć stworzenia lampy zwycięża. Zbyt długo chodzę z tym pomysłem, by się poddać. Biorę wszystko do kupy i zabieram się do montażu.


Oglądam jeszcze krótki filmik na YT jak zamontować przełącznik. Bogatsza o nowe doświadczenia zabieram się do pracy. W domu tylko ja, Maluchy i facet na strychu, który naprawia nam kombibojler;)
Podłączam wszystko do kupy. Mając na uwadze to, że być może wywalę korki w połowie domu postanawiam podłączyć moją konstrukcję w pralni;)  Z duszą na ramieniu wkręcam żarówkę i podłączam do prądu. Nic. Zmieniam żarówkę. Nadal nic. Po czwartej żarówce kapituluję i dzwonię do kumpla elektryka (niestety zbyt zajętego by mi pomóc osobiście).
Właśnie wrócił z pracy i idzie pod prysznic. Mam odkręcić wtyczkę i wysłać mu fotkę. To wysyłam.
W międzyczasie rozmawiam z Szymonem. Też mu wysyłam fotkę...



Nie mija dziesięć minut a zostaję bombardowana telefonami i wpisami. "O masakra nie włączaj tego do prądu czasami!!!" To Cię może zabić!!!

I co się okazuje? Że kabel kupiłam i owszem, ale systemowy (czyli taki do montażu w ścianie;) a ja potrzebuję taki z maleńkimi drucikami w środku. Na filmiku był taki, ale w sklepie już nie:(((

No i ten montaż!!!! Co się chłopaki strachu najedli jak zobaczyli tę fotkę, to ich. PAMIĘTAJCIE - nigdy, przenigdy nie "obierajcie" kabla z izolacji aż tak mocno jak ja to zrobiłam!!! Trzeba go obrać tylko tyciusio w miejscu gdzie wchodzi pod śrubki.
Teraz już wiem:))))
Jak pan od bojlera zszedł ze strychu, to (nomen omen) oświeciłam go, że uratowałam mu życie:)

AKT III wszystko dobre co się dobrze kończy

Szymon poszukał dla mnie w swoich garażowych zasobach kabla i dał mi już z wtyczką na końcu. Ja tylko podłączyłam do osłonki na żarówkę:)))
Udało mi się kupić nowiuteńki abażur (jeszcze w fabrycznej folijce) w charity shop za 3 funty!!! Nowe tego typu to ok 30 funtów:)))
Kabel podłączyłam do okrągłej drewnianej podstawki, w której Szymon wywiercił mi odpowiednie otwory. Przycięłam i zeszlifowałam stożkowo kije. Umocowałam je odpowiednio - co nie było takie proste - i skleiłam klejem do drewna. Nogi pomalowałam "w skarpetki" białą farbą i całe zawoskowałam. Założyłam abażur. MąŻ stwierdził, że ciut za długa, więc w całości piłowałam nogi - no sztuka nie lada;)

Podłączyłam i jest! Co prawda nie daje tak mocnego światła jak ta poprzednia, ale dużo bardziej mi się podoba:))) A poprzednia wyglądała tak.


A nowa jest moja i drewniana:))


EPILOG

Lampa stoi, ale jeszcze jej los nie został przesądzony. Przez to, że abażur w środku jest złotobrązowy daje ciemniejsze światło. No, ale podoba mi się bardzo:)

*doczytałam dokładniej - nowy PIN powinnam aktywować w bankomacie MOJEGO banku;)))

W środę (tę od kijów) miałam mieć wizytę u lekarza. Po drodze jest mój bank i mój bankomat. Postanawiam "za pamięci" ją aktywować. Przy jednym bankomacie jakaś mocno niezdecydowana pani. Już bierze wydruk i odchodzi. Za sekundę wraca. Mi pozostaje drugi bankomat, który wydaje mi się trochę podejrzany, bo obraz trochę skacze. Wyboru nie mam, bo do wizyty pozostaje piętnaście minut. Wkładam kartę i zaczyna się magia... Pojawia się jakiś obraz i wszystko skacze. Żaden przycisk nie działa. Nie mogę wyciągnąć karty. Z paniką w oczach wpadam do banku by to zgłosić. Dodam, że kartę mam dotykową, więc strach tym większy, bo jak ją ktoś zabierze, to jednorazowo do 30 funtów może sobie zrobić zakupy w paru sklepach...
I tak jak zawsze w progu wita jakiś asystent "w czym mogę pomóc" tak oczywiście tym razem go brak. Dwa okienka zajęte i długa kolejka... Szans na szybki załatwienie czegokolwiek zero. Wracam do bankomatu. W panice znów coś naciskam. Nic. Po ułamku sekundy dociera do mnie, że męczę ten drugi bankomat;)) Dopadam do tego "mojego" a tam wysunięta karta już czeka!!!

To jednak był dobry dzień;)))))

***
DIY proste z serii tych co lubię, ale niestety nie do prostej realizacji w UK:)) Dałam jednak radę:)))

Miłego dnia. Co myślicie o mojej lampie?

wtorek, 8 maja 2018

Tabliczka na drzwi:)

Witajcie:)
Mała Olivia złożyła do swojej Mamy zapotrzebowanie na tabliczkę na drzwi. Jej mama z kolei złożyła zapotrzebowanie do mnie. Miało być "dziewczyńsko", z motylami i z napisem w języku angielskim (gdyż część odwiedzających ją koleżanek to Angielki).
Tak oto powstała imienna tabliczka na drzwi od pokoju.


Deskę mocno oszlifowałam. Pomalowałam na delikatny róż z przebiciem złotego. Motyle to grafika z internetu (ta sama, którą wykorzystałam do zrobienia stroju "Wiosennej wróżki"). Przyklejone metodą decupage. Napis wykonałam farbkami. Od siebie dodałam srebrny kluczyk. Całość polakierowałam.

Do kompletu dołączyłam różową tasiemkę, wieszaczki i maleńkie gwoździki. Mamie Olivki tabliczka się spodobała. Mam nadzieję, że jej córci też;))

***
Koleżanka powiedziała mi, że w szkole, do której uczęszcza jej córka - z okazji ślubu Harrego i Meghan kazano się dzieciom ubrać bardzo odświętnie! Tak jakby byli gośćmi na ślubie.
Już widzę te wystrojone dzieciaki uwalone markerami;)))

A będąc przy rodzinie królewskiej, to nie zapomnę jak wieki temu w pracy rozmawialiśmy chyba o księżnej Dianie. My cały czas Karol i Diana, Karol to Karol tamto. A taka Litwinka która świetnie rozmawia po polsku, mówi - przecież mąż Diany to Charles! A my (wszystkie Polki) jaki Charles? Przecież to Karol!!! I od słowa do słowa wyszło, że mówimy o tej samej osobie;)

Zastanawiałyśmy się wówczas jak to jest? Niektóre imiona jak wspomniany wyżej książę w Polsce się spolszcza a niektóre nie - ot, choćby Michael Jackson. Idąc tym kierunkiem powinno być przecież Michał Jackson?

***
Aż trudno w to uwierzyć, ale od kilku dni mamy super pogodę;) Człowiek od razu inaczej funkcjonuje. Baterie naładowane i energia rozpiera. Jutro już niestety ma padać (czyli powrót do normalności;)) ale dobre choć i te kilka dni!

To tyle na dziś.
Miłego dnia. pa:)


niedziela, 29 kwietnia 2018

Mamelkowe nowości:)

Witajcie:)

Kolejna część opowieści:) reszta dla przypomnienia TU

Hubert stał przy inkubatorze ze łzami w oczach. Dziś po raz pierwszy będzie mógł wziąć tę małą kruszynę na ręce. Wzruszenie odebrało mu głos. Żaneta była tuż za nim i lekko oparła głowę o jego ramię.
- To co? Gotowy na nową misję? - spytała cicho.

***
Pani Róża krzątała się radośnie po pokojach. Szykowała dom na przyjęcie długo oczekiwanego członka rodziny. Ustaliły z Żanetą, że pierwsze kilka dni po wyjściu ze szpitala będą u niej. Wiedziała jak słaba jest córka po wyczerpującym porodzie a i Agatce potrzebna była dodatkowa troska. Pękało jej serce gdy patrzyła jak wnuczka przeżywa tę trudną sytuację. Pan Zbyszek dzielnie asystował ukochanej mimo, że gips mocno mu to zadanie utrudniał.

***
Proboszcz Pszczółka nadal był częstym gościem w szpitalu. Nie miał serca zostawiać tak chłopaka samego, mimo że ten nie był zbyt rozmowny. Zastanawiał się nawet czasami czy się nie naprzykrza... Ale dobrze wiedział, że odwiedzał go tylko dziadek i nikt inny. Tym bardziej zdziwiła go ostatnia prośba chorego.
- Proszę księdza - zaczął gdy ten szykował się już do wyjścia.
- Słucham?
- Czy mógłbym się wyspowiadać?

***
Teresa odebrała wyniki biopsji. Drżącą ręką uchyliła kopertę i zajrzała do środka. Odetchnęła z ulgą. Na szczęście wszystko było w porządku. To tylko niegroźne zmiany mastopatyczne. Poczuła się tak, jakby otrzymała nową szansę. Znów wszystko wróci do normy. Będzie mogła ze spokojem układać piękne wiązanki i pielęgnować ogród. Z tyłu głowy zostało jednak ostrzeżenie. Musi na siebie uważać i bardziej dbać o zdrowie.
Złapała za telefon i zadzwoniła do męża. Odezwała się poczta głosowa.
"Pewnie jest na obchodzie" - przemknęło jej przez myśl.

***
Ksiądz odwrócił się i powiedział:
- Chciałbyś to zrobić teraz? Jest już dość późno, może wolisz jutro?
- Chciałbym teraz. Dużo o tym myślałem ostatnio...
- Oczywiście - powiedział proboszcz i przysunął krzesło do łóżka.
- Tylko... Ja chyba nie pamiętam jak zacząć.. Dawno tego nie robiłem. Bardzo dawno...
- Mamy czas...

***
Tadeusz oddzwonił do żony zaraz po obchodzie.
- Co tam kochanie?
- Dobre wieści. To nie rak!!!
- Wiem już, udało mi się namówić miłe panie, by w drodze wyjątku pokazały mi wyniki najpierw...
- To chyba naruszenie przepisów - zaczęła się droczyć.
- Dla pana doktora zrobiono wyjątek.
- Kochanie, chciałam Ci jeszcze coś powiedzieć - zaczęła Teresa.
- Tak?
- Gdy czekałam na biopsję poznałam Nataszę...
- Tak...
- Ma wznowę... I jest wolontariuszką w hospicjum... Umówiłyśmy się na wtorek. Potrzebują wsparcia... Każda para rąk się liczy...
- A to nie będzie dla Ciebie zbyt trudne?
- Ja dostałam szansę, mam czym się dzielić.

***
Hubert przytrzymał Żanecie drzwi by ta mogła swobodnie wejść z maleństwem do środka. Od progu widać było wielki napis - "WITAJ NA ŚWIECIE JASIU" oraz mnóstwo błękitnych balonów.
- Ale nam napędziłeś strachu wnuku - powiedział z uśmiechem pan Zbyszek - Kto to się tak przed czasem pchał na ten świat?
- Moja krew - rzucił z dumą świeżo upieczony tato. - Urodziłem się dokładnie tak samo wcześnie jak mój syn!

***
Miłego. Przesyłam uściski i mam nadzieję, że czekaliście na kolejny odcinek;)))