Witajcie:)
Zacznę od niepozornego acz przepysznego deserku podpatrzonego w reklamie "Tesco" :) W oryginale był przyrządzony na grillu a mój w piekarniku. I tam były brzoskwinie - a że zamiast "welurowych owoców" wolę gładkie to wybrałam nektarynki. Panie, panowie:
Zabójcze nektarynki:)
***
Kilka słów z "mamelkowego słownika" (LITERKA "P")
- "pacielina" - plastelina
- "pindonki" - pomidorki (to już może Wam pisałam, ale pamięć zawodzi;)
- "poduszeka" - poduszka
***
Koleżanka poprosiła mnie o "udekorowanie" słoików do jej kuchni. Wytyczne: kolory - czerwony, czarny i biały. Hmmm. Wytargałam czerwony len, przyszykowałam odpowiedni kawałek i odpaliłam maszynę do szycia - i co? I Gucio! Maszyna się zbiesiła a ja musiałam wykombinować coś innego:) Jedynym materiałem, którym dysponowałam a który się nie "siepie" i nie trzeba go szyć był cieniutki filc.
To już moja wersja:) Kapturki i etykietki zdejmowane.
Mam nadzieję, że sprostałam oczekiwaniom:)
Ciekawa jestem - dekorujecie słoiki czy nie przywiązujecie do tego wagi?
Miłego dnia, pa:)
***
poniedziałek, 12 października 2015
środa, 7 października 2015
Tym razem abaŻUR:)
Witajcie:)
To, że mamy w salonie stoliczek (z bogatą historią:) to już wiecie. Przyszedł czas na lampkę. Najprościej oczywiście można by było pójść do pierwszego lepszego sklepu i nabyć drogą kupna rzeczoną lampę. Hmm, prosto i bez problemów:) Szkopuł w tym, że na strychu mamy już kilka zapomnianych lamp.
Niczym Pomysłowy Dobromir postanowiłam wziąć sprawy w swoje ręce i efekt tego taki:))
W salonie króluje kolor szary (ściany, sofa, fotel i stoliczek) oraz bardzo ciemny brąz (dywan, stolik pod telewizor i regał na książki). Dodatki są w bieli (ramki zdjęć, doniczki oraz ciut mięty i delikatnego różu).
Dlatego stwierdziłam, że z całego bogactwa inwentarza wybiorę ciemnobrązową prostokątną lampę z eko skóry.
Abażury (które nie przetrwały w całości ostatniej przeprowadzki) miałam trzy, więc naiwnie sądziłam, że podstawę już mam. Myliłam się i to bardzo! Okazało się, że żadnego z nich już nie mogę wykorzystać w zamierzonym celu. Każdy z nich bazował na sztywnym materiale zakończonym drutami. Gdy tylko usunęłam materiał, druciki nie miały na czym się trzymać. No niby logiczne:)) Stwierdziłam, że muszę zaopatrzyć się w STARY abażur, bo te były inaczej konstruowane (miały po bokach dwa druciki, które przytrzymywały całość).
Pierwszy wypad do "charity shop" zakończył się sukcesem. Upolowałam upragniony przedmiot za nieprzyzwoitą wręcz cenę... 10 pensów:)))
(Pani spytała czy zapakować. Powiedziałam, że owszem, bo nie chciałam paradować przez pół miasta z takim cudem. Pani do mnie - 10 pensów - i tym oto sposobem stałam się szczęśliwą posiadaczką reklamówki, która kosztowała tyle, co sam abażur:)))
Z domowych zasobów wytargałam koszulę, którą zresztą też kiedyś nabyłam w tym samym sklepie w celach krawieckich. Delikatny róż, to było dokładnie to, co potrzebowałam:)
Cała zabawa polega na odpowiednim upięciu materiału. Reszta to już pikuś. Pan Pikuś:)
Bawiłam się całkiem dobrze. Wszystko obszyłam ręcznie, więc trochę mi to zajęło. Teraz czekamy TYLKO na kolegę elektryka, który zrobi nam kontakt za fotelem:))
wersja A)
zapalona lampka podłączona do mega przedłużacza:)
wersja B)
zgaszona lampka
wersja C)
z kocurkami
To tyle na dziś:) Miłego dnia:) Pa!
ps. Lubicie takie przeróbki?
To, że mamy w salonie stoliczek (z bogatą historią:) to już wiecie. Przyszedł czas na lampkę. Najprościej oczywiście można by było pójść do pierwszego lepszego sklepu i nabyć drogą kupna rzeczoną lampę. Hmm, prosto i bez problemów:) Szkopuł w tym, że na strychu mamy już kilka zapomnianych lamp.
Niczym Pomysłowy Dobromir postanowiłam wziąć sprawy w swoje ręce i efekt tego taki:))
W salonie króluje kolor szary (ściany, sofa, fotel i stoliczek) oraz bardzo ciemny brąz (dywan, stolik pod telewizor i regał na książki). Dodatki są w bieli (ramki zdjęć, doniczki oraz ciut mięty i delikatnego różu).
Dlatego stwierdziłam, że z całego bogactwa inwentarza wybiorę ciemnobrązową prostokątną lampę z eko skóry.
Abażury (które nie przetrwały w całości ostatniej przeprowadzki) miałam trzy, więc naiwnie sądziłam, że podstawę już mam. Myliłam się i to bardzo! Okazało się, że żadnego z nich już nie mogę wykorzystać w zamierzonym celu. Każdy z nich bazował na sztywnym materiale zakończonym drutami. Gdy tylko usunęłam materiał, druciki nie miały na czym się trzymać. No niby logiczne:)) Stwierdziłam, że muszę zaopatrzyć się w STARY abażur, bo te były inaczej konstruowane (miały po bokach dwa druciki, które przytrzymywały całość).
Pierwszy wypad do "charity shop" zakończył się sukcesem. Upolowałam upragniony przedmiot za nieprzyzwoitą wręcz cenę... 10 pensów:)))
(Pani spytała czy zapakować. Powiedziałam, że owszem, bo nie chciałam paradować przez pół miasta z takim cudem. Pani do mnie - 10 pensów - i tym oto sposobem stałam się szczęśliwą posiadaczką reklamówki, która kosztowała tyle, co sam abażur:)))
Z domowych zasobów wytargałam koszulę, którą zresztą też kiedyś nabyłam w tym samym sklepie w celach krawieckich. Delikatny róż, to było dokładnie to, co potrzebowałam:)
Cała zabawa polega na odpowiednim upięciu materiału. Reszta to już pikuś. Pan Pikuś:)
Bawiłam się całkiem dobrze. Wszystko obszyłam ręcznie, więc trochę mi to zajęło. Teraz czekamy TYLKO na kolegę elektryka, który zrobi nam kontakt za fotelem:))
wersja A)
zapalona lampka podłączona do mega przedłużacza:)
wersja B)
zgaszona lampka
wersja C)
z kocurkami
To tyle na dziś:) Miłego dnia:) Pa!
ps. Lubicie takie przeróbki?
niedziela, 4 października 2015
Remontem Mamelkowo stoi:)
Witajcie:)
Kolejny raz porwaliśmy się na remont. A właściwie tyci remoncik. Tym razem padło na przedpokoje i klatkę schodową (lub jak Ty to sobie nazwiesz Drogi Czytelniku:)
Od momentu przeprowadzki w tym miejscu malowaliśmy tylko sufit i została położona nowa podłoga. Teraz wzięliśmy się za remont - tj. malowanie ścian i położenie kilku pasków tapety.
Farbę kupiliśmy już chyba pół roku temu. MąŻ chciał odcień żółci. To ma:) Wiedziałam, że żółty będzie się dobrze komponował z szarym salonem, więc nie było problemu.
Potrzebowaliśmy długiej drabiny, bo klatka schodowa jak to w piętrowym domu - jest dość wysoka. Gdy MąŻ pojechał pożyczyć drabinę (J&D DZIĘKUJEMY:))) to ja wpadłam na genialny pomysł, że wystawię mój stoliczek (o którym pisałam w ostatnim poście) na dwór, bo jeszcze ciut zalatywał farbą. Jak pomyślałam tak też zrobiłam. Po chwili MąŻ był z powrotem. Trochę się zdziwiłam, że przywiózł tylko pojedynczą drabinę, na którą natknęłam się w kuchni.
- A nie chciałeś przywieść tej podwójnej? - pytam zdziwiona.
- To jest właśnie ta - odpowiada MąŻ.
- To gdzie druga część? - pytam jeszcze nie przeczuwając NIC złego.
- Przerzuciłem za bramkę - wyjaśnia MąŻ.
Wybiegłam do bramki w lekuchnej panice. Tak, tak dobrze się domyślasz mój Drogi Bystry Czytelniku. MąŻ nie mając pojęcia o tym, że ja wpadłam na GENIALNY pomysł wystawienia stoliczka na zewnątrz - przerzucił drabinę IDEALNIE w jego stronę:)) Omsknął się bidula na ziemię i nabył kilka wgnieceń! Maleńka "k..." cisnęła mi się na usta - ale że były to moje urodziny a poza tym wiem, że było to niechcący, to po prostu przemalowałam go KOLEJNY raz i tyle:)))
A to mój patent na oparcie drabiny na czystą ścianę. Stare (czyste:) skarpetki idealnie się do tego nadają:))
Wybór tapety, to była chwila. Wpadła mi już w oko kiedyś. Nie byłam tylko pewna reakcji współmałżonka:) W końcu nie każdy jest gotowy mieć ptaszki-sraszki w domu:))) Pokazałam więc dwie różne rolki - stonowaną beżowo-brązową z motywem retro podróży (stare walizki, mapy, rower i zabytkowe auto) oraz tę. O dziwo MąŻ bez mrugnięcia okiem powiedział, że woli tę bardziej wyrazistą.
To tyle na dziś:) Miłego dnia:)
Kolejny raz porwaliśmy się na remont. A właściwie tyci remoncik. Tym razem padło na przedpokoje i klatkę schodową (lub jak Ty to sobie nazwiesz Drogi Czytelniku:)
Od momentu przeprowadzki w tym miejscu malowaliśmy tylko sufit i została położona nowa podłoga. Teraz wzięliśmy się za remont - tj. malowanie ścian i położenie kilku pasków tapety.
Farbę kupiliśmy już chyba pół roku temu. MąŻ chciał odcień żółci. To ma:) Wiedziałam, że żółty będzie się dobrze komponował z szarym salonem, więc nie było problemu.
Potrzebowaliśmy długiej drabiny, bo klatka schodowa jak to w piętrowym domu - jest dość wysoka. Gdy MąŻ pojechał pożyczyć drabinę (J&D DZIĘKUJEMY:))) to ja wpadłam na genialny pomysł, że wystawię mój stoliczek (o którym pisałam w ostatnim poście) na dwór, bo jeszcze ciut zalatywał farbą. Jak pomyślałam tak też zrobiłam. Po chwili MąŻ był z powrotem. Trochę się zdziwiłam, że przywiózł tylko pojedynczą drabinę, na którą natknęłam się w kuchni.
- A nie chciałeś przywieść tej podwójnej? - pytam zdziwiona.
- To jest właśnie ta - odpowiada MąŻ.
- To gdzie druga część? - pytam jeszcze nie przeczuwając NIC złego.
- Przerzuciłem za bramkę - wyjaśnia MąŻ.
Wybiegłam do bramki w lekuchnej panice. Tak, tak dobrze się domyślasz mój Drogi Bystry Czytelniku. MąŻ nie mając pojęcia o tym, że ja wpadłam na GENIALNY pomysł wystawienia stoliczka na zewnątrz - przerzucił drabinę IDEALNIE w jego stronę:)) Omsknął się bidula na ziemię i nabył kilka wgnieceń! Maleńka "k..." cisnęła mi się na usta - ale że były to moje urodziny a poza tym wiem, że było to niechcący, to po prostu przemalowałam go KOLEJNY raz i tyle:)))
A to mój patent na oparcie drabiny na czystą ścianę. Stare (czyste:) skarpetki idealnie się do tego nadają:))
Wybór tapety, to była chwila. Wpadła mi już w oko kiedyś. Nie byłam tylko pewna reakcji współmałżonka:) W końcu nie każdy jest gotowy mieć ptaszki-sraszki w domu:))) Pokazałam więc dwie różne rolki - stonowaną beżowo-brązową z motywem retro podróży (stare walizki, mapy, rower i zabytkowe auto) oraz tę. O dziwo MąŻ bez mrugnięcia okiem powiedział, że woli tę bardziej wyrazistą.
Do tego mamy jeszcze pudełka z ptaszkami i komplet jak ta lala:))
To tyle na dziś:) Miłego dnia:)
czwartek, 1 października 2015
Drugi żywot szaraczka:)
Witajcie:)
Marzenia co do kolejnych zmian w salonie doszły do skutku:)) Wymarzony fotel stanął na swoim miejscu. Cudny popielaty kolor i ten babciny kształt!!! Mamelek go uwielbia:))
Ale ten post nie będzie o fotelu.
Ten post będzie o stoliczku. Po wyniesieniu z salonu poprzednich mebli z mega podłokietnikami (które pełniły często rolę blatu) okazało się, że brakuje czegoś, gdzie można by było postawić choćby kubek z kawą.
Przejrzałam internet poszukując czegoś niewielkiego acz wysokiego i czegoś co ma w sobie to coś. Nic mnie jednak nie chwyciło za serce.
Któregoś dnia po odprowadzeniu córci do szkoły wypuściłam się z synusiem "na miasto". Poczułam nieodpartą potrzebę wstąpienia do charity shop w bliżej nieokreślonym celu. I już, już miałam wychodzić gdy natknęłam się na ten stoliczek! Toż to wypisz wymaluj rozmiar, który potrzebowałam:) Kolor oczywiście nie ten tego, ale to przecież nie problem. Chwila namysłu (li i jedynie w kwestii transportu - czyli czy załaduję go na wózek tak, by Mamelek dotarł do domu cało i zdrowo:)
No i ta szalona cena - 5 funtów:)))
Tak wyglądał.
To fotka zrobiona już w trakcie pracy. Nadal korzystałam z pożyczonej szlifierki. Cóż to za niesamowity sprzęt. Papierem ściernym bym się zajechała na bank:)
Odkręciłam też zbyteczne "rączki" a dziurki po nich uzupełniłam specjalnym wypełniaczem do drewna.
Praca zaiste relaksująca. Polecam!!!
Teraz już mam niepowtarzalny, jedyny taki na świecie stoliczek:)
A że jutro mam urodzinki (nie, żebym się chwaliła - hi,hi:))) To kupiłam sobie swoją własną szlifierkę:)))
I tym optymistycznym akcentem żegnam Was baardzo serdecznie. Pa:)) Miłego dnia:)
Marzenia co do kolejnych zmian w salonie doszły do skutku:)) Wymarzony fotel stanął na swoim miejscu. Cudny popielaty kolor i ten babciny kształt!!! Mamelek go uwielbia:))
Ale ten post nie będzie o fotelu.
Ten post będzie o stoliczku. Po wyniesieniu z salonu poprzednich mebli z mega podłokietnikami (które pełniły często rolę blatu) okazało się, że brakuje czegoś, gdzie można by było postawić choćby kubek z kawą.
Przejrzałam internet poszukując czegoś niewielkiego acz wysokiego i czegoś co ma w sobie to coś. Nic mnie jednak nie chwyciło za serce.
Któregoś dnia po odprowadzeniu córci do szkoły wypuściłam się z synusiem "na miasto". Poczułam nieodpartą potrzebę wstąpienia do charity shop w bliżej nieokreślonym celu. I już, już miałam wychodzić gdy natknęłam się na ten stoliczek! Toż to wypisz wymaluj rozmiar, który potrzebowałam:) Kolor oczywiście nie ten tego, ale to przecież nie problem. Chwila namysłu (li i jedynie w kwestii transportu - czyli czy załaduję go na wózek tak, by Mamelek dotarł do domu cało i zdrowo:)
No i ta szalona cena - 5 funtów:)))
Tak wyglądał.
To fotka zrobiona już w trakcie pracy. Nadal korzystałam z pożyczonej szlifierki. Cóż to za niesamowity sprzęt. Papierem ściernym bym się zajechała na bank:)
Odkręciłam też zbyteczne "rączki" a dziurki po nich uzupełniłam specjalnym wypełniaczem do drewna.
Praca zaiste relaksująca. Polecam!!!
Teraz już mam niepowtarzalny, jedyny taki na świecie stoliczek:)
A że jutro mam urodzinki (nie, żebym się chwaliła - hi,hi:))) To kupiłam sobie swoją własną szlifierkę:)))
I tym optymistycznym akcentem żegnam Was baardzo serdecznie. Pa:)) Miłego dnia:)
piątek, 25 września 2015
"Dzieciowo" i dary natury:)
Witajcie:)
Ostatnio przed spaniem w Mamelkowie jest faza na dwie książeczki. Pierwsza z nich to wszystkim znana - bajka "Czerwony Kapturek".
Będąc w sklepie trafiłam na fantastyczne zabawki - sceny z bajek. Wybrałam oczywiście tę, która jest na tapecie:)
Scena jest składana i bez problemu po zakończonej zabawie, można ją schować do szuflady. Dołączone były do niej cztery arkusze naklejek.
Do tego kupiłam zestaw "zrób to sam" również z tej samej bajki.
W zestawie były cztery drewniane retro klamerki, kilka bibułek, naklejki z twarzami (i pyskiem jeśli chodzi o wilka:) , sznureczki, 2 farbki, klej i druciki. Oczywiście bez problemu można zrobić takie lalki bez tego zestawu, ale kosztował na prawdę niewiele, więc nie było tematu.
Druga książka to "Opowieści z parku Percy`ego. Po burzy". Nick Butterworth to nie tylko autor ale także wspaniały ilustrator. Książka ma duże litery co ułatwia czytanie nawet najmniejszym czytelnikom (my jeszcze nie ten etap, ale niebawem:)
Każdy obrazek jest przecudny. Trochę przypomina mi to niesamowite ilustracje Beatrix Potter.
Na końcu dołączony jest wspaniały plakat z ogromnym dębem "drzewem domowym". Maluchy uwielbiają tę książkę.
A czemu o tym wszystkim piszę? Bo chciałam powiedzieć jak łatwo można sprawić dzieciom radość:) W zeszły piątek wracając z pracy zatrzymałam się i nazbierałam kilka żołędzi. Dzieci były przeszczęśliwe. W niedzielę obiecałam, że zaraz po śniadaniu wyruszymy na zbieranie kolejnych żołędzi. Akcja urosła do rangi wyprawy:)
A w poniedziałek przywlokłam do domu kolejne skarby:)
Kasztany, to moja wielka jesienna miłość. ZAWSZE kojarzą mi się z ... moją Mamcią:))) Ona też uwielbiała je zbierać i zawsze wracając z pracy zatrzymywała się pod kasztanowcem, by napełnić kieszenie brązowym szczęściem.
Wczoraj przyszliśmy z Mamelkiem po siorkę do szkoły z bukietem czerwonych liści - była zachwycona. A kasztanami bawimy się w sklep:)
To tyle na dziś. To nasza wersja poznawania pór roku. Miłego dnia:) Pa!
Ostatnio przed spaniem w Mamelkowie jest faza na dwie książeczki. Pierwsza z nich to wszystkim znana - bajka "Czerwony Kapturek".
Będąc w sklepie trafiłam na fantastyczne zabawki - sceny z bajek. Wybrałam oczywiście tę, która jest na tapecie:)
Scena jest składana i bez problemu po zakończonej zabawie, można ją schować do szuflady. Dołączone były do niej cztery arkusze naklejek.
Do tego kupiłam zestaw "zrób to sam" również z tej samej bajki.
W zestawie były cztery drewniane retro klamerki, kilka bibułek, naklejki z twarzami (i pyskiem jeśli chodzi o wilka:) , sznureczki, 2 farbki, klej i druciki. Oczywiście bez problemu można zrobić takie lalki bez tego zestawu, ale kosztował na prawdę niewiele, więc nie było tematu.
Druga książka to "Opowieści z parku Percy`ego. Po burzy". Nick Butterworth to nie tylko autor ale także wspaniały ilustrator. Książka ma duże litery co ułatwia czytanie nawet najmniejszym czytelnikom (my jeszcze nie ten etap, ale niebawem:)
Każdy obrazek jest przecudny. Trochę przypomina mi to niesamowite ilustracje Beatrix Potter.
Na końcu dołączony jest wspaniały plakat z ogromnym dębem "drzewem domowym". Maluchy uwielbiają tę książkę.
A czemu o tym wszystkim piszę? Bo chciałam powiedzieć jak łatwo można sprawić dzieciom radość:) W zeszły piątek wracając z pracy zatrzymałam się i nazbierałam kilka żołędzi. Dzieci były przeszczęśliwe. W niedzielę obiecałam, że zaraz po śniadaniu wyruszymy na zbieranie kolejnych żołędzi. Akcja urosła do rangi wyprawy:)
A w poniedziałek przywlokłam do domu kolejne skarby:)
Kasztany, to moja wielka jesienna miłość. ZAWSZE kojarzą mi się z ... moją Mamcią:))) Ona też uwielbiała je zbierać i zawsze wracając z pracy zatrzymywała się pod kasztanowcem, by napełnić kieszenie brązowym szczęściem.
Wczoraj przyszliśmy z Mamelkiem po siorkę do szkoły z bukietem czerwonych liści - była zachwycona. A kasztanami bawimy się w sklep:)
To tyle na dziś. To nasza wersja poznawania pór roku. Miłego dnia:) Pa!
środa, 16 września 2015
Syzyfowe prace:)
Witajcie:)
Tak wyglądają moje praktycznie ostatnie zbiory pomidorów. Zdjęcia robione już dobre kilka dni temu.
Czemu ostatnie? - spytasz dociekliwie Drogi Czytelniku. Otóż moje Maluchy postanowiły zabawić się w ogrodników. Oto ich zbiory!!!
Dawno tak szybko nie biegałam, uwierzcie:) Jak tylko zobaczyłam Mamelka w środku w szklarni, to pędziłam jak szalona. Na próżno! Na próżno człowiecze. Lojalnie uprzedzam - dałam się zwieść błogiej ciszy, która pozwoliła mi na chwilę odpoczynku. A błoga cisza oznacza jedno - COŚ SIĘ DZIEJE!!!
A tu kolejnego dnia, jakby nigdy nic i nie było by akcji pod kryptonimem "ZIELONE POMIDORY I WKURZONA MAMA" :)
Moje kochane "Szkodniki" próbują ponownie szturmem przechwycić szklarnię.
***
Wiecznie uwalone drzwi na szklane patio co jakiś czas mają zaszczyt dostąpić rytualnego oczyszczenia. Mama uzbrojona w środek do mycia szyb i papierowe kuchenne ręczniki przywraca im pierwotny wygląd. Ja czyszczę z jednej strony a Mamelek/Marta - całuje/liże/dotyka brudnymi rączkami z drugiej strony. Ot i tyle z umytych szyb:)
Dywan można spokojnie odkurzać dwa, trzy razy dziennie by i tak po chwili był znów w jakiś paprochach i okruszkach.
Na patio - gdzie Maluchy mają sporą część swoich zabawek - mam super posprzątane i ten efekt udaje mi się utrzymać nawet przez kilka godzin. W jaki sposób? Gdy zamknę drzwi i nie wpuszczam Maluchów do środka:)
***
Dziś moja Martusia rozpoczęła szkołę:) Podczas gdy w PL nie ustają spory na temat co lepsze - "sześciolatki na start" czy po staremu - siedmiolatki. W UK szkołę rozpoczynają już CZTEROLATKI bądź pięciolatki (kwestia miesiąca, w którym urodziło się dziecko; od stycznia do końca sierpnia lub od pierwszego września do końca grudnia). Córcia jest z grudnia.
Najbardziej jest zachwycona szkolnym uniformem:) Uwielbia swoje czarne buty i ciuszki z logo szkoły.
Pamiętam jak wieki temu byłam na wakacjach u mojego Pradziadka. Szukając jakiś ciekawych książek natknęłam się na staruteńki album rodzinny. Do dziś pamiętam chyba tylko jedną fotkę, na której były dwie dziewczynki w dniu rozpoczęcia roku szkolnego. Ubrane na galowo, z uśmiechniętymi buziami i w rączkach miały wielkie "tutki" (rożki) wypełnione słodkościami. To wspomnienie przetrwało w mojej głowie wiele lat...
Postanowiłam, że zrobię coś podobnego dla moich dzieci. Zamiast rożka - zrobiłam jednak wielkiego cukierka wypełnionego słodyczami, którego tu kawałek widać na fotce:)
O nas - rodzicach - też dziś pomyślano. Panie przygotowały specjalne paczuszki. W każdej było to samo - karteczka z miłymi słowami, ciasteczko, herbatka i chusteczka na otarcie łez wzruszenia. Niesamowicie fajny pomysł:)
Wszystkiego dobrego dla Was. Pa:)
Tak wyglądają moje praktycznie ostatnie zbiory pomidorów. Zdjęcia robione już dobre kilka dni temu.
Czemu ostatnie? - spytasz dociekliwie Drogi Czytelniku. Otóż moje Maluchy postanowiły zabawić się w ogrodników. Oto ich zbiory!!!
Dawno tak szybko nie biegałam, uwierzcie:) Jak tylko zobaczyłam Mamelka w środku w szklarni, to pędziłam jak szalona. Na próżno! Na próżno człowiecze. Lojalnie uprzedzam - dałam się zwieść błogiej ciszy, która pozwoliła mi na chwilę odpoczynku. A błoga cisza oznacza jedno - COŚ SIĘ DZIEJE!!!
A tu kolejnego dnia, jakby nigdy nic i nie było by akcji pod kryptonimem "ZIELONE POMIDORY I WKURZONA MAMA" :)
Moje kochane "Szkodniki" próbują ponownie szturmem przechwycić szklarnię.
***
Wiecznie uwalone drzwi na szklane patio co jakiś czas mają zaszczyt dostąpić rytualnego oczyszczenia. Mama uzbrojona w środek do mycia szyb i papierowe kuchenne ręczniki przywraca im pierwotny wygląd. Ja czyszczę z jednej strony a Mamelek/Marta - całuje/liże/dotyka brudnymi rączkami z drugiej strony. Ot i tyle z umytych szyb:)
Dywan można spokojnie odkurzać dwa, trzy razy dziennie by i tak po chwili był znów w jakiś paprochach i okruszkach.
Na patio - gdzie Maluchy mają sporą część swoich zabawek - mam super posprzątane i ten efekt udaje mi się utrzymać nawet przez kilka godzin. W jaki sposób? Gdy zamknę drzwi i nie wpuszczam Maluchów do środka:)
***
Dziś moja Martusia rozpoczęła szkołę:) Podczas gdy w PL nie ustają spory na temat co lepsze - "sześciolatki na start" czy po staremu - siedmiolatki. W UK szkołę rozpoczynają już CZTEROLATKI bądź pięciolatki (kwestia miesiąca, w którym urodziło się dziecko; od stycznia do końca sierpnia lub od pierwszego września do końca grudnia). Córcia jest z grudnia.
Najbardziej jest zachwycona szkolnym uniformem:) Uwielbia swoje czarne buty i ciuszki z logo szkoły.
Pamiętam jak wieki temu byłam na wakacjach u mojego Pradziadka. Szukając jakiś ciekawych książek natknęłam się na staruteńki album rodzinny. Do dziś pamiętam chyba tylko jedną fotkę, na której były dwie dziewczynki w dniu rozpoczęcia roku szkolnego. Ubrane na galowo, z uśmiechniętymi buziami i w rączkach miały wielkie "tutki" (rożki) wypełnione słodkościami. To wspomnienie przetrwało w mojej głowie wiele lat...
Postanowiłam, że zrobię coś podobnego dla moich dzieci. Zamiast rożka - zrobiłam jednak wielkiego cukierka wypełnionego słodyczami, którego tu kawałek widać na fotce:)
O nas - rodzicach - też dziś pomyślano. Panie przygotowały specjalne paczuszki. W każdej było to samo - karteczka z miłymi słowami, ciasteczko, herbatka i chusteczka na otarcie łez wzruszenia. Niesamowicie fajny pomysł:)
Wszystkiego dobrego dla Was. Pa:)
wtorek, 8 września 2015
Awans społeczny:)
Witajcie:)
Po głowie ten pomysł chodził mi już od baaardzo dawna. W końcu doczekał się realizacji. A o czym mowa? - spytasz Drogi Czytelniku. Rzecz dotyczy rzeczy:) Dokładniej starego krzesła, które się doczekało awansu społecznego!
Historia tego krzesła jest następująca. Blisko dziesięć lat temu udałam się z kolegą na recykling. Pojechaliśmy tam bez większego celu - li i jedynie "na zwiady" co też ciekawego mają na śmietniku:))) Nic ciekawego nie było - tylko to krzesło wpadło mi w oko. A jak już się wybrałam w takie miejsce, to grzechem było by wyjść stamtąd z pustymi rękoma. Zakupiłam więc ten oto mebel. Bij, zabij - nie pamiętam ile za niego dałam. Podejrzewam, że jakąś zawrotną sumę w postaci 3 funtów:)) Oczywiście było w idealnym stanie - nie tak jak na tych fotkach. Cóż, życie go trochę "przetyrało".
Najpierw było z nami na naszym wynajętym pokoju. Dumnie prężyło szczebelki przy naszym maleńkim stoliczku. Później zawędrowało z nami do wynajętego mieszkania i tam stało w "gratkowni" czyli pokoju - składziku.
Nie omieszkaliśmy go zabrać do naszego pierwszego własnego domu. Towarzyszył nam we wszelkich remontach - co jak widać wpłynęło na jego wygląd. Zabraliśmy go także do naszego obecnego domku. Tu - aż wstyd przyznać - gdy "grubsze" remonty dobiegły końca wylądowało w ogrodzie. Deszcz, słońce, wiatr, słońce, deszcz (tych oczywiście znacznie więcej niż słońca) - i tak ciągle. Stało sobie stało a we mnie dojrzewał pomysł, że trzeba mu podarować nowe życie.
Ci z Was, którzy od lat zajmują się renowacją wszelakiej maści mebli niech trochę przymkną oko. Najważniejsze, że spełniłam swoje marzenie i świetnie się przy tym bawiłam. A szlifierka, którą miałam pierwszy raz w rękach daje niesamowitą moc:)))
Celowym zabiegiem było pozostawienie przeze mnie śladów po pile (mimo iż na świeżo mam kupiony specjalny wypełniacz do drewna!). Chciałam, żeby trochę historii zostało:)
Stałych gości Mamelkowa na pewno nie dziwi dobór kolorów:) Kupiłam farbę do drewna i metalu "crushed almond" - czyli taki ecru. Wybór kolorów w naszym sklepie ZEROWY:( Wpadałam więc na pomysł, że użyję po prostu kolorowego pigmentu z testerów ("sugar sweet" i "minted"). Gdy chciałam zabrać się za miętę, to dodałam jej zbyt wiele i wyszedł intensywny turkus (chociaż nic na to nie wskazywało, bo ciągle mi się wydawało, że jest jasny kolor:)) Nic to - bez paniki proszę! Lekuchno się wkurzyłam, ale postanowiłam poczekać aż wyschnie i spróbować dobrać proporcje jeszcze raz i się udało.
Malowałam również metodą prób i błędów. Zaczęłam od użycia pędzla i od razu mówię - nie był to najlepszy pomysł. Później wzięłam malutki wałek - było już lepiej. Całość jednak postanowiłam potraktować kuchenną gąbeczką (przypomniał mi się kurs z decupage - takie malowanie nazywa się "tapowanie").
Wiem już jakie błędy popełniłam, ale i tak jestem zadowolona z efektu:) Docelowo krzesło zajmie miejsce u mnie przy biurku.
A Wy co sądzicie?
Miłego dnia:) Pa!
Po głowie ten pomysł chodził mi już od baaardzo dawna. W końcu doczekał się realizacji. A o czym mowa? - spytasz Drogi Czytelniku. Rzecz dotyczy rzeczy:) Dokładniej starego krzesła, które się doczekało awansu społecznego!
Historia tego krzesła jest następująca. Blisko dziesięć lat temu udałam się z kolegą na recykling. Pojechaliśmy tam bez większego celu - li i jedynie "na zwiady" co też ciekawego mają na śmietniku:))) Nic ciekawego nie było - tylko to krzesło wpadło mi w oko. A jak już się wybrałam w takie miejsce, to grzechem było by wyjść stamtąd z pustymi rękoma. Zakupiłam więc ten oto mebel. Bij, zabij - nie pamiętam ile za niego dałam. Podejrzewam, że jakąś zawrotną sumę w postaci 3 funtów:)) Oczywiście było w idealnym stanie - nie tak jak na tych fotkach. Cóż, życie go trochę "przetyrało".
Najpierw było z nami na naszym wynajętym pokoju. Dumnie prężyło szczebelki przy naszym maleńkim stoliczku. Później zawędrowało z nami do wynajętego mieszkania i tam stało w "gratkowni" czyli pokoju - składziku.
Nie omieszkaliśmy go zabrać do naszego pierwszego własnego domu. Towarzyszył nam we wszelkich remontach - co jak widać wpłynęło na jego wygląd. Zabraliśmy go także do naszego obecnego domku. Tu - aż wstyd przyznać - gdy "grubsze" remonty dobiegły końca wylądowało w ogrodzie. Deszcz, słońce, wiatr, słońce, deszcz (tych oczywiście znacznie więcej niż słońca) - i tak ciągle. Stało sobie stało a we mnie dojrzewał pomysł, że trzeba mu podarować nowe życie.
Ci z Was, którzy od lat zajmują się renowacją wszelakiej maści mebli niech trochę przymkną oko. Najważniejsze, że spełniłam swoje marzenie i świetnie się przy tym bawiłam. A szlifierka, którą miałam pierwszy raz w rękach daje niesamowitą moc:)))
Celowym zabiegiem było pozostawienie przeze mnie śladów po pile (mimo iż na świeżo mam kupiony specjalny wypełniacz do drewna!). Chciałam, żeby trochę historii zostało:)
Stałych gości Mamelkowa na pewno nie dziwi dobór kolorów:) Kupiłam farbę do drewna i metalu "crushed almond" - czyli taki ecru. Wybór kolorów w naszym sklepie ZEROWY:( Wpadałam więc na pomysł, że użyję po prostu kolorowego pigmentu z testerów ("sugar sweet" i "minted"). Gdy chciałam zabrać się za miętę, to dodałam jej zbyt wiele i wyszedł intensywny turkus (chociaż nic na to nie wskazywało, bo ciągle mi się wydawało, że jest jasny kolor:)) Nic to - bez paniki proszę! Lekuchno się wkurzyłam, ale postanowiłam poczekać aż wyschnie i spróbować dobrać proporcje jeszcze raz i się udało.
Malowałam również metodą prób i błędów. Zaczęłam od użycia pędzla i od razu mówię - nie był to najlepszy pomysł. Później wzięłam malutki wałek - było już lepiej. Całość jednak postanowiłam potraktować kuchenną gąbeczką (przypomniał mi się kurs z decupage - takie malowanie nazywa się "tapowanie").
Wiem już jakie błędy popełniłam, ale i tak jestem zadowolona z efektu:) Docelowo krzesło zajmie miejsce u mnie przy biurku.
A Wy co sądzicie?
Miłego dnia:) Pa!
Subskrybuj:
Posty (Atom)




