poniedziałek, 17 lutego 2014

DIY breloczek do kluczy

Witajcie,
Bardzo lubię DUŻE breloczki. Nie jakieś tam subtelne kółeczka, serduszka tylko spore "zabawki". Takie jak ta literka.


Niestety jak się przyjrzycie, to zauważycie, że literka jest pęknięta:(( Ten breloczek miałam tylko DWA dni! Nie dało się tego skleić:( Mój "kalosz", którego Wam pokazywałam, też już jest "obdrapany" - takie teraz robią nietrwałe rzeczy. "Na pociechę" kupiłam sobie żabola:))


A że "potrzeba matką wynalazku", to stwierdziłam, że można przecież samemu zrobić breloczek:))
Dlatego dziś mam dla Was krótki kursik jak zrobić breloczek do kluczy dla małego paleontologa:))) Z aplikacją ale za to bez zbędnego wysiłku:))) Dzieci uwielbiają dinozaury i jakimś cudem zapamiętują nawet te ich pokrętne, trudne do wymówienia nazwy!!! Myślę, że taki drobiazg spodoba się Waszym małym odkrywcom:))) Oczywiście można użyć dowolną aplikację, którą macie pod ręką. Wystarczy "poszperać" w starych ciuchach i wybrać te, którym warto nadać nowe życie:)))

Potrzebujemy:

  • materiał (baza),
  • bluzka z aplikacją (za mała, zniszczona),
  • kawałek tasiemki,
  • metalowe kółko,
  • wata lub wkład do poduszek do wypełnienia,
  • guziki i kawałek filcu do dekoracji,
  • igła z nitką, nożyczki

Z materiału bazy - w tym przypadku granatowa bluza - obcinamy rękaw, żeby było mniej do szycia:))) Z bluzki wycinamy gotową aplikację z dinozaurem. Aplikację wykańczamy na brzegach, żeby się nie pruła. Przygotowujemy tasiemkę - wkładamy do niej metalowe kółko i delikatnie przeszywamy, żeby kółko nam nie latało. Bazę zszywamy na lewej stronie w dwóch miejscach. Pamiętajcie o pozostawieniu luki, dzięki której przewrócimy materiał na prawą stronę. Następnie wypełniamy watą i umieszczamy w otworze tasiemkę. Całość zaszywamy. Na wierzchu naszywamy aplikację i dekorujemy guziczkami i kwiatkiem z filcu (oczywiście jeśli chcecie:)
I tyle:))) Prawda, że to banalnie proste!
Pa, miłej zabawy przy szyciu Waszych breloczków.

sobota, 15 lutego 2014

Podwójna niespodzianka

Dzień dobry:)

Jakiś czas temu była u nas moja Siostra Asia. Przywiozła MNÓSTWO prezentów i... pieniądze na nowy rower dla mnie! Moi Rodzice, Dziadkowie i moja Chrzestna postanowili mi zrobić niesamowity prezent!!! Kasy było tyle, że kupiłabym dwa takie rowery:))) Oni są niesamowici:))) Wybrałam taki rower ze względu na błotniki i bagażnik. No i kolor - na zdjęciu w katalogu był CZERWONY!!! Tak, tak - ten jest buraczkowy, no cóż - jak to określiła moja koleżanka z pracy - widocznie pakował to jakiś facet:))) Bo dla nich istnieją tylko podstawowe barwy. Czerwony, różowy czy buraczkowy - to przecież wszystko jedno:)))


Rower kupiłam z dostawą do domu, bo nie było innej możliwości. Przyszła przeogromna paka a w środku - wszystkie części misternie zapakowane, każda osobno:))) Mój MąŻ poświęcił sporo czasu, żeby go złożyć i odpowiednio wszystko ustawić. Nie wspomnę ile się przy tym na wkurzał :)))) On z reguły nie przeklina a już w ogóle nie w domu a tu przy rowerku różności latały jak skowronki :))) Dobrze, że drzwi od kuchni, w której się męczył były zamknięta a Martusia w przedszkolu:))) Mamelek też nic nie słyszał:)))
Dziękuję moja KOCHANA RODZINKO za wspaniały prezent!!!!!

Pisałam Wam w poście "Noworoczne postanowienie i pradawna legenda" - o pewnym człowieku, który chodził od drzwi do drzwi oferując misternie zrobione stateczki. I wyobraźcie sobie, że moja Siostra gdy o tym przeczytała, to postanowiła mi zrobić niespodziankę. Przywiozła mi je!!!! Dziękuję:)))


Na koniec mam dla Was herbatkę z lawendą. Ma bardzo ciekawy smak i ułatwia zasypianie:)))

Pa, miłego weekendu)))


czwartek, 13 lutego 2014

Emaliowane łupy i zaległa nagroda

Hej, hej

Ostatnio wpadły mi w oko emaliowane "absolutnie niezbędne" rzeczy - chlebak i apteczka. Nad kolorem chlebaka chwilkę się wahałam, bo kusił mnie mocno taki słodki różowy z niebieskim, ale nijak się miał do naszej kuchni:))) Stanęło na IVORY/CREAM (niepotrzebne skreślić:)

 
Chlebak jak chlebak, ale apteczka skradła moje serce!!! Do tego stopnia, że zanim zdążyłam dojść do domu, to już żałowałam, że wzięłam tylko jedną!!! Na drugi dzień poszłam - lipa:(( Wymiotło nawet tabliczkę z ceną!!! Ogłosiłam w pracy alarm bojowy - i poprosiłam koleżanki z dwóch sąsiadujących miasteczek, żeby się rozejrzały u siebie. Nadal lipa:((( Aż tu nagle po tygodniu oczom mym ukazał się przecudny widok - dostawa MOICH apteczek:))) "Medical box"(jak go ładnie tu nazywają) jest prawie w identycznym kolorze jak "Bread canister". Musicie mi uwierzyć na słowo, bo zdjęcia tego nie oddają:)
 
 
A te dwie rzeczy idealnie komponują się z wazonem, który ostatnio Wam pokazywałam (tym, w którym stały fioletowe tulipany od Klary:))) i jeszcze z kilkoma innymi, które zapewne kiedyś u mnie obejrzycie:))


Pod koniec października wzięłam udział w wyzwaniu Klubu Twórczych Mam pt. "Bukiet" i wygrałam moim przepiśnikiem. Wczoraj przyszła moja nagroda od Moniki (chabrowapanienka.blogspot.co.uk). Oto ona - różowa kosmetyczka z serduszkiem i przydasie:))) Dziękuję jeszcze raz:)

 
Wszystkiego dobrego. Pa:)))
ps. czy Wy też lubicie emalie?
 

wtorek, 11 lutego 2014

Walentynkowe DIY

Witajcie:))

Dziś mam dla Was "małe co nieco" z serii "zrób to sam". W czasach kiedy jest wszystko i nie trzeba się z niczym wysilać, bo wystarczy "kupić i już" mnie kusi, żeby włożyć w coś trochę pracy i serca. Pomysł nie jest wielce oryginalny, ale nie mogłam się oprzeć jak zobaczyłam w sklepie te papierowe torebki:))) Są bardzo na topie, bo szary papier wrócił do łask - jeśli chodzi o pakowanie prezentów.
Zaczynamy:))
Przygotujcie: nożyczki, klej PVA, kreatywną gąbkę (ha - już wiem, że tak to się poprawnie nazywa:))) i papierowe torebki śniadaniowe/lunchowe:)))


Z kreatywnej gąbki wytnijcie pożądany kształt (dziś z racji zbliżających się Walentynek padło na serca:)) Ma być ich dużo i w dowolnym rozmiarze. Następnie przyklejcie je do papierowej torebki i gotowe!!!



Do środka włóżcie prezent lub po prostu "drugie śniadanie" dla Waszej ukochanej osoby. Na pewno będzie mu/jej miło gdy zobaczy Waszą niespodziankę w pracy:)))
Taką papierową torebkę na prezenty możemy wykorzystać przy dowolnej okazji. Kształ i rodzaj ozdób jest dowolny i tak różny, że pozostanie na zawsze tematem otwartm;)

Pa:))

niedziela, 9 lutego 2014

Koń czy panna i simply food

Witajcie,

Rzecz się działa u mnie w pracy:))) Koleżanka powiedziała, że ostatnio słyszała audycję radiową, w której wypowiadano się na temat horoskopów i przepowiedni. Ten rok ma być według chińskiego kalendarza "rokiem konia" - pełen energii i bardzo szybki. Podobno ten, w którym się urodziłam też był spod tego znaku:)) Zaczęłyśmy rozmowę o horoskopach. Znajoma pyta mnie czy jestem spod znaku panny (bo coś tak jej się kojarzy jak kiedyś dawno temu o tym rozmawiałyśmy). Zaprzeczam, ale mówię, że moja Mama i mój MąŻ są spod tego znaku. Ona drąży temat dalej i pyta X, która z nami pracuje: "a Ty jesteś panna"? Na to X "nie, mężatka". 

Wstawki Martusi:
  • robuła - brokuł
  • Koziołek ma kołek - Koziołek Matołek (powiedziała tak tylko raz, ale padłam:)))
  • na opipianie - na fortepianie
  • fifki razem - wszyscy razem

Choróbsko rozpanoszyło się w naszym domu przez trzy tygodnie!!! Poprzytulało się do każdego po trochu i nie było siły na nic. Dlatego powstał tylko kolejny "przepiśnik" dla pewnej roześmianej, bardzo sympatycznej Asi:)))



Na świetnym blogu Magdy All things pretty (howshemakesit.blogspot.co.uk) znalazłam przepis na marchewkowo-owsiane ciasteczka. (Niech Was nie zmyli ten trop - to nie jest blog stricte kulinarny:))) A że jestem wielką fanką marchewkowego ciasta, to nie trzeba było mnie namawiać - skusiłam się. Oto one.


Pewnie jeszcze nie raz skorzystam z jej przepisów, bo tak jak i ona uwielbiam PROSTE i SMACZNE jedzenie:))) Większość moich przepisów, to są tzw. sprawdzone przepisy. Byłam u kogoś, coś mi zasmakowało i poprosiłam o przepis. Albo rozmawiamy z koleżankami w pracy i ktoraś się czymś pochwali. Praktycznie nie używam książek kucharskich (choć dostałam jedną na Gwiazdkę i pewnie się skuszę:)) Od niedawna szukam też coś w internecie, ale zazwyczaj i tak "przerabiam" daną recepturę. Kryteria wyboru są jasne: piękne zdjęcie i prosty przepis:)))) Bo co z tego, że przytaszczę ze sklepu tonę składnikow i spędzę w kuchni pięć godzin nad bajeczną potrawą!!!  Potem, to nie będę już miała sił, żeby się nią delektować:))) Padnę z głową w talerzu:)))

Pa, miłej niedzielki:)))

środa, 5 lutego 2014

Rąbek tajemnicy i "pierdolinki"

Witajcie:))

Miecio uchylił rąbka tajemnicy. Całkiem przez przypadek. Zacznę od początku. Kiedy skończyli chrapać (tak, tak niepozorny Miecio chrapie niczym stary niedźwiedź a wątła Klara piłuje niczym rosły drwal ze stumilowego lasu:))) Anielica zawołała mnie na górę. Ja tam nie poszłam. Ja tam wpadłam niczym torpeda tratując po drodze kilka klocków, które Mamelek raczył ku własnej uciesze powyrzucać na schody. Wyhamowałam pod samymi drzwiami, poprawiłam rozwiany włos i jak gdyby nigdy nic weszłam do środka. Chwilę się zakotłowało a zmieszany Pan Pluszak Wędrowniś z niewinną miną próbował coś zakryć. Próbował, ale moje bystre oko dojrzało owo "coś". Z walizuni wystawały zdjęcia a niektóre nawet walały się po podłodze!!! Zrobiłam krok w ich stronę. Podniosłam to, które spadło najbliżej mojej nogi. Nie mogłam uwierzyć! Na fotce był Pan Mieczysław w jakimś sklepie, ale nie jako zwykły klient tylko... kasjer!!! Wyobrażacie to sobie - Pan Misio i supermarket?!?! A to ci nowina:))
Mieciulo wyjął zdjęcie z mojej ręki i uśmiechnął się:
 - "Jakoś musiałem zarobić na kaucję dla Klary".
- "Jaką kaucję?!?! Gdzie?!?!?" - krzyknęłam oszołomiona wiadomością.
 - "Aaaa, bo chcieli ją zatrzymać w kasynie w Los Angeles - zaczął spokojnie Miecio.
- Ktoś podrzucił jej do stołu fałszywe żetony, gdy zaczęła wygrywać. Zazdrość dopada wszędzie - westchnął. - Nie mogli znieść tego, że wygrywała trzynasty raz z rzędu - ciągnął swą opowieść. Podrzucili fałszywki i zawołali ochronę. Ta z kolei wezwała Policję. Resztę już znasz. Zatrudniłem się w pierwszym lepszym supermarkecie. - Ale wiesz co? - spytał nie czekając na odpowiedź. - To była fajna praca. Wyobraź sobie, że spotkałem tam moją kuzynę Odżo z Irlandii !!! Dasz wiarę! Ja i ona w Los Angeles w tym samym sklepie i w tym samym czasie!!!"
Na chwilę zamilkł i pochylił się nad stertą fotek. Wygrzebał jedną z nich i mi podał.


"Zjazd Rodzinny u wujka Leona" - powiedział z dumą.
 - "Załapałeś się na zjazd rodzinny"?!? - spytałam zdumiona. - "Ty to masz fart" - dorzuciłam z podziwem.
- "Jaki tam fart" - żachnął się Miecio. - Zrobili go specjalnie dla mnie. To znaczy dla nas - poprawił się szybciutko. Dawno się nie widzieliśmy a poza tym każdy był ciekaw co to za Anioł z tej Klary".
Ładny mi Anioł - pomyślałam. O mało co nie skończyłaby w pudle!"
Naszą rozmowę przerwała rozanielona Klara.
- "Zapraszam na podwieczorek".
Cóż było robić. Człowiek rad nie rad musiał schować dalsze pytania do kieszeni i udać się do dużego pokoju gdzie kusiło ciacho. Mnie zachęcać nie trzeba było:))


- O, moje ulubione kwiaty. - Pamiętałaś - rozczuliłam się spoglądając na tulipany. - I w tym obłędnym kolorze!!!
Nic dziwnego - pomyślałam, że Mieciu gotów był pracować w nieznanym LA, żeby tylko uchronić takiego Anioła:)))


ps. Na koniec perełka z mojej pracy. Rozmawiałam ostatnio z koleżanką Słowaczką na temat przygotowań do jej ślubu (w Polsce z Polakiem:). Mówiła, że już dużo ma załatwione, ale zostały jeszcze takie "pierdolinki":))) Czyż to nie cudne słowo:)) Ja byłam zachwycona:))) Pa i nie zawracajcie sobie głowy pierdolinkami. Nie warto!

sobota, 1 lutego 2014

Poranny łomot i dziwna walizka

Hej, hej:))

Obudziło nas łomotanie do drzwi. Tak, tak. Nie zwykłe pukanie, ale właśnie donośne łomotanie!!! Z resztkami snu pod powiekami, z rozmierzwionym włosem i lekkim niepokojem zeszłam na dół. Ostrożnie uchyliłam drzwi a tam - Mieciu z Klarą!!!


A żeby być bardziej precyzyjną - Mieciu z DZIWNĄ czapką, Klara z DZIWNĄ miną a przed nimi DZIWNA walizka...

 
Zgarnęłam ich szybko do środka, bo choć dziś wyjątkowo nie pada, to mimo wszystko jest zimno. Uściskom i powitaniom nie było końca:))) Ależ się za sobą stęskniliśmy!!! Zżerała mnie ciekawość co robili na wyprawie, ale wiedziałam, że muszę dać im odpocząć. Usiedliśmy przy "Domowym 3 Bit", który doskonale pasował na taką powitalną ucztę i zaczęłam pytać.



Byli bardzo zmęczeni, więc po słodkościach postanowili pójść się nieco zdrzemnąć (dla ciekawskich informacja - do dwóch różnych pokojów:))) Zabrali ze sobą walizkę, którą zresztą przez cały czas nie spuszczali z oczu. A ja zostałam z moimi pytaniami. Ciekawe, co też za tajemnicę przywieźli ze sobą i gdzie jest Miecia auto?!?!
Pa:)) Ależ zapowiada się fajny dzień!!!