środa, 13 grudnia 2017

Betlejemskie szopki.

Witajcie:)

Wszystko zaczęło się od chęci posiadania bożonarodzeniowego żłóbka najlepiej drewnianego. Przekopałam internet w celu dokonania takowego zakupu, ale nic mnie szczególnie nie poruszyło...
Później pomyślałam o masie solnej, bo takie szopki też mi się baardzo podobają.
Ostatecznie jednak gdy zobaczyłam te grafiki, wiedziałam że to jest to!
Powstały już ponad miesiąc temu, ale musiały nabrać mocy urzędowej by tu je pokazać;)))

Pierwsza to tryptyk - grafika wydrukowana z internetu i przeniesiona metodą decupage. Oczywiście moje ukochane drewno:) Całość polakierowana. Niewielkie trzy kawałeczki można postawić wszędzie - na kominku, przy choince lub na parapecie. (Poszła już w prezencie w dobre ręce:)


Druga wersja to rysunek a la witraż wzorowany na grafice również wygrzebanej w necie. Wpisałam w Google "nativity card" i znalazłam moc wyboru. Najbardziej odpowiadały mi te dwa rysunki. Kolory ciut zmienione. Najtrudniej było narysować twarz małego Dzieciątka. Jak widać kreski krzywawe, ale jak na pierwsze takie malowanie to i tak jestem zadowolona;)))
Całość też pociągnięta lakierem.


Ta została ze mną, bo w końcu takie były plany;)


***
A na koniec - żarcik również wygrzebany w necie:

- Mamo, tata spadł ze schodów!
- I co powiedział?!!
- Pominąć przekleństwa?
- Tak!!!
- To spadał w milczeniu...

***

To tyle na dziś:) Miłego dnia:) pa!

piątek, 8 grudnia 2017

Mamelek w akcji:)

Witajcie:)
Dziś dla odmiany mam dla Was kilka migawek z naszej codzienności;)

6.12 miał u nas zagościć szanowany gość - miły pan Mikołaj;) W związku z tym, że miał pojawić się w nocy wraz z reniferami postanowiliśmy przygotować mu lekką przekąskę. Jak powszechnie wiadomo Mikołaje lubują się w mleku i ciasteczkach. Dlatego też w wieczór poprzedzający ową wizytę Mama Gosia w asyście Maluchów dostarczyła zacną strawę dla gościa.


Nastała pora wieczornych kąpieli. Poszłam z córcią na górę do łazienki by umyć jej przy okazji włosy. Mamelek został na dole i czekał na swoją kolej.
Trochę to trwało, bo doszło jeszcze suszenie (a Martusia włosy ma długie). Przyjmijmy, że  nie było mnie dwadzieścia minut. Schodzę na dół a synuś w tym czasie poszedł już do łazienki. Coś mnie tknęło, by zerknąć na ciasteczka. Leżały prawie jedno na drugim - zdecydowanie inaczej niż je tam zostawiłam.
Podnoszę to górne a tam:


Porada ode mnie:
"szykować ciasteczka PODCZAS snu/nieobecności latorośli" :)

***
Wczoraj gdy coś tam dziergaliśmy wspólnie przy stole nagle Mamelek coś sobie przypomniał.
- Mamo, byłem dzisiaj w szkole w "office*".
- A co się stało?
- Nie wiem...
- Byłeś tam u pań? (pytam, bo myślałam, że synuś był u pań w sekretariacie).
- Nie, byłem w "office".
- A co tam było - drążę temat.
- Nie wiem - szepce synuś. - Pan R. kiwnął na mnie paluszkiem...
Pan R. to dyrektor. Wygląda na miłego, ale ja już zaczynam się spinać. Zbyt wiele ostatnio krąży historii o molestowaniu.
- Co tam robiłeś?
- Nie wiem.
- Ktoś Cię dotknął?!?
- Nie.
- A co tam robiłeś?
- Nie wiem.
- A dlaczego byłeś w "office"?
- Nie wiem...
W końcu wpadam na pomysł.
- A narysujesz mi to...
- Tak - ochoczo potwierdza synuś i z zapałem rysuje to:


Okazało się, że synuś wraz z kolegą przerzucali w kibelku przez ścianki działowe rolki papieru toaletowego:))) Zabawa jak mniemam była przednia na co wskazują uśmiechnięte buzie gagatków.
Niestety przyczaił ich dyro;)))

*A ichni "office" to po naszemu "koza" - czyli pokój, w którym się przebywa za karę.

***
Miłego dnia moi Drodzy:) Pa:)

sobota, 2 grudnia 2017

Część szósta - nadszedł grudzień

Witajcie grudniowo:)

Jak co roku w grudniu wójt Dolewski ślęczał nad podsumowaniem roku i ustaleniem nowego budżetu miasta.
Zajęcie żmudne i nudne, ale arcyważne dla prawidłowego funkcjonowania Mamelkowa. Zaczynał odczuwać zmęczenie. Postanowił pójść na spacer. Śnieg przyjemnie skrzypiał pod jego ulubionymi butami, które - musiał to przyznać - lata świetności miały już za sobą. Pamiętał doskonale - to było ich pierwsze Boże Narodzenie po przeprowadzce do Mamelkowa. Wynajmowali mieszkanie w żółtej kamienicy. Zapowiadały się skromne Święta, bo prawie wszystkie oszczędności pochłonęła przeprowadzka i choroba jego ojca.
On jednak zachował kilka zaskórniaków by obdarować żonę wymarzonym zegarkiem. Widział ten błysk w oku gdy zauważyła go na wystawie sklepowej. Kosztował dużo. Być może i sporo za dużo, ale był wart swojej ceny. I ten uśmiech ukochanej, gdy otwierała małą paczuszkę tuż po kolacji wigilijnej. Pod maleńką choinką były wówczas tylko dwa prezenty - dla Bożenki i dla niego. On był święcie przekonany, że jego kartonik kryje w sobie zestaw książek, których zawsze mu było mało. Gdy wziął pudełko wydawało mu się jednak zbyt lekkie jak na spodziewane periodyki. Otworzył wieczko, odsunął papier i poczuł zapach prawdziwej skóry. Jego oczom ukazały się brązowe, solidnie wykonane buty.


***
Żaneta biła się z myślami bardzo długo. Ostatecznie uznała, że powinien wiedzieć, że zostanie ojcem. Wszyscy w Mamelkowie pewnie zastanawiali się z kim zaszła w ciążę ale z grzeczności nie pytali. A ona wiedziała doskonale. Tak, to prawda, że rzuciła się w wir pracy i tylko to było dla niej najważniejsze. Lubiła też bywać na korpoimprezach, ale trzymała się swoich zasad. Unikała nowych związków jak ognia, bo - jak sama twierdziła - nie miała czasu na angażowanie się w kolejne projekty. Poza tym formalnie nadal była mężatką...

Widywano ją z różnymi facetami, ale nikt dokładnie nie wiedział jakie łączą ich relacje. Ona jednak wolała trzymać ich na dystans. Poza tym bawiła ją ta cała otoczka tajemniczości. Nikt w korpo nie mógł dociec o co chodzi a wszyscy byli ciekawi jak cholera. Większość osób sądziła, że regularnie sypia z Alexem.

***
Wójt postanowił ruszyć w kierunku ich dawnego mieszkania. Miło spacerowało się po białych uliczkach. Większość domów było już udekorowanych. Kolorowe lampki przyjemnie przykuwały wzrok. Musiał przewietrzyć umysł, bo poza ustaleniem budżetu gryzło go coś jeszcze...

Doktor Kowalik w największej tajemnicy zwierzył mu się ze swojego zmartwienia... Ze łzami w oczach powiedział, że podczas rutynowych badań u jego ukochanej żony wykryto coś niepokojącego. Sam nie chciał ją zamartwiać swoimi podejrzeniami, ale wiedział że trzeba się spieszyć. Czas w takich przypadkach nie jest sprzymierzeńcem... Teresę czeka biopsja... I on jako mąż i lekarz nie wiedział jak ma jej to powiedzieć. Drżał na samą myśl, że mógłby ją stracić.




***
Agata przybiegła do babci cała w skowronkach. Od jakiegoś czasu w jej harcerskich opowieściach przewijał się tajemniczy Marek. "Marek zrobił to, Marek zrobił tamto" - babcia czuła, że chyba jest coś na rzeczy. Zbyt długo nogi nosiły ją po tym świecie by przeoczyć ten błysk w oku wnuczki.
- Babciuuuu!!!! Czy pamiętasz jak mówiłam Ci o takim Marku?
Staruszkę kusiło by udawać, całkowicie zaskoczoną, ale widziała, że to "zbytpoważnaprawiedorosłasprawa".
- Tak kochanie, coś sobie przypominam.
- Wyobraź sobie, że nasz drużynowy wyznaczył mnie i Marka do pakowania paczek dla dzieci z domu dziecka!!!

***
Domki z dzisiejszej sesji jadą do moich chłopaków do NIEGOWA TU.


Miłego dnia moi mili, pa:)))

niedziela, 26 listopada 2017

Część piąta. Niezwykła wiadomość:)

Witajcie:)
Piąta, jeszcze ciepła część "Mamelkowa" specjalnie dla Was;)))

Pani Felicja coraz częściej popadała w zadumę. Od śmierci męża minęło już kilkanaście lat. Wspólne lata były dobre. Zwyczajne, bez szaleństw ale dobre. Szanowali się i byli dla siebie przyjaciółmi. Wiedziała, że zawsze może na niego liczyć i u jego boku nie spotka ją żadna krzywda. Kochała go, ale była to raczej taka miłość z przywiązania, z przyzwyczajenia. Na dodatek Antoni był najlepszym przyjacielem Janka - a to on był jej pierwszą, największą miłością. To z nim zawsze chciała się zestarzeć i mieć gromadkę wnucząt. Wszystko przekreśliła wojna. Widziała go ostatni raz tydzień po wybuchu Powstania Warszawskiego. Później zginął.

***
Aspirant Sadełko z komisariatu w Rychorzu został przydzielony do opieki nad nieprzytomnym pacjentem. Przyszedł najpierw do doktora Kowalika by się zameldować na oddziale. Miał nadzieję, że ten nie będzie wypytywał o to dziwne nazwisko. Wieczne z nim było utrapienie. Sadełko, sadełko. Może, kurcze - Pimpuś Sadełko. Wszystkie dzieciaki w szkole zawsze śmiały się z jego nazwiska. Dopiero na studiach nabrał do niego dystansu. Najzabawniejsze w tym to, że sam był chudy jak pietruszka. I każdy mimo woli przy pierwszym spotkaniu patrzył na niego lekko rozbawiony widząc ten dysonans.  Teraz odkąd został policjantem, to mundur wymuszał powagę, ale jeszcze kilka śmieszków pozostało.

***
Antoni pomógł jej przetrwać ten najtrudniejszy czas. Serce bolało bardziej niż rana od kuli. Była ranna, ale mimo to dzielnie wspierała innych i sama opiekowała się najcięższymi przypadkami. Początkowo nie dopuszczała do siebie tej strasznej myśli o utracie Janka. Zbyt wiele ich łączyło by mogła przejść nad tym do porządku dziennego.
Zabawne - poznała go gdy miała zaledwie trzynaście  lat - a już wówczas czuła, że znaczy dla niej bardzo wiele. Nosiła wówczas takie krótkie warkoczyki, z których była bardzo dumna. A on wydawał jej się taki dorosły. Trzy lata później wiedziała, że i ona nie jest mu obojętna. Codziennie przynosił na próg jej domu świeże kwiaty i chleb zawinięty w lnianą chustę. Kiedyś zdradził jej w tajemnicy, że jego mama ją uwielbia i to ona przypomina mężowi by dla Felicji przynosił dodatkowy bochenek z pracy. Janek później brał białą wykrochmaloną chustę i z namaszczeniem zanosił go ukochanej. Początkowo wojna sprawiła, że jeszcze bardziej się do siebie zbliżyli. Mieli wspólny cel - walka o Niepodległą... Udział w Powstaniu Warszawskim był dla nich oczywistym wyborem. Mieli szansę ukryć się na wsi, gdzie Janek miał rodzinę, ale postanowili walczyć.
Antoni był w tym samym oddziale AK co Janek. Wiedzieli, że zawsze mogą na sobie polegać. Znali się od najmłodszych lat i nie raz przekonali się o sile swojej przyjaźni.
Jemu też podobała się "Felka"- jak ją wszyscy nazywali - ale był honorowy. Starał się nawet zbyt długo na nią nie patrzeć, by kolega nie poczuł się urażony...

***
"Luśka" przybiegła do niej ze łzami w oczach. Z trudem zdołała ją zrozumieć. Jak to? Jej Janka już nie ma?!? Zginął?!? To niemożliwe!!! Krzyczała a później wyła z bólu. Wyła niczym zranione zwierzę. "Luśka" bała się, że "Felka" postradała zmysły. Przytuliła ją mocno by zagłuszyć ten skowyt. Bała się też że przez ten hałas obydwie zginą w tej piwnicy.

***
Antoni znalazł ją po dwóch dniach leżącą nieruchomo na prowizorycznej pryczy skleconej z kilku desek. Wyglądała strasznie. Potargane włosy, rana krwawiła dość mocno a czoło było nienaturalnie rozpalone. Bał się, że dostała zakażenia. Na szczęście miał przy sobie resztki penicyliny. A do tego nie był pewien czy słyszała już o Janku... Nie chciał być aniołem złych wiadomości, ale nie miał wyboru.

***
Doktor Kowalik był zaniepokojony stanem pacjenta. Leżał tak już od kilku dni i nadal pozostawał w śpiączce. Aspirant Sadełko zreferował mu co ustalono w trakcie śledztwa. Okazało się, że sprawcą wypadku był syn burmistrza Rychorza. Gruba afera. Wracał z imprezy lekko wcięty i nawet nie zauważył, że kogoś potrącił. Dopiero rano dostrzegł wgnieciony zderzak i czerwone ślady na boku auta. Później usłyszał w radio komunikat. Zadzwonił do ojca. Ten akurat był na ważnym zebraniu, ale miał oddzwonić w ciągu dwóch godzin...

***
Marta była jedyną wnuczką, która też mieszkała w Mamelkowie. Lubiła przychodzić do swojej babci i lubiła żółtą kamienicę, bo to tu czuła się najlepiej. Z Agatą zaprzyjaźniła się tak jakoś naturalnie. Obie były zachwycone harcerstwem i obie bardzo angażowały się w życie drużyny. To za jej namową postanowiła poprosić ukochaną babcię by na dorocznej uroczystości wróciła wspomnieniami do Powstania. Było wspaniale. Wszyscy zebrani byli pod wrażeniem ile w tej drobniuteńkiej, siwiuteńkiej staruszce jest jeszcze wigoru i radości życia. Każdy słuchał z zapartym tchem a fotoreporterzy niestrudzenie bombardowali ją serią zdjęć.

***
Gracjan zamarł jak usłyszał telefon. Przez te długie dwie godziny, które dla niego były całą wiecznością próbował wyobrazić sobie reakcję ojca. Czuł, że tym razem zawiódł jego zaufanie na całej linii. Sam nie wiedział czego bardziej się bał - czy tego, że trafi za kratki czy tego, że ten człowiek już się nie obudzi...
Był szalony jak mu wielu mówiło, lubił imprezy, czasami sięgał po alkohol ale nigdy nie wdawał się w żadne awantury. Był raczej typem wesołka, który zawsze rozbawiał towarzystwo. Przemocą się brzydził. Nawet zrezygnował z wyjazdowych meczy swojej ulubionej drużyny, bo mierziły go stadionowe zadymy.
A teraz miał krew na rękach... Co go do cholery podkusiło, by po "pępkowym" u najlepszego kumpla wsiadać do auta. Nie wypił dużo, bo nawet nie miał dobrego dnia do picia. Góra może cztery kieliszki...

***
Felicję zbudziło pukanie do drzwi. Musiało jej się przysnąć na fotelu podczas oglądania ich rodzinnego albumu. Wspomnienia ożyły. Była wzruszona i jakoś dziwnie zaniepokojona zarazem. Podeszła powoli do drzwi i przez wizjer dostrzegła wnuczkę.
- Babciu, babciu - zaczęła rozentuzjazmowana Marta. - Nie uwierzysz co się stało?!?!
- A cóż to się mogło stać Martusiu? - spytała dobrodusznie staruszka.
- Babciu, TWÓJ JANEK żyje!!!!!
- Janek, co Ty pleciesz kochana - zaniepokoiła się pani Felicja. - Przecież on zginął w Powstaniu!
- Babuniu, lepiej usiądź na fotelu ja zaparzę ziółka i zaraz Ci wszystko wyjaśnię - rzuciła idąc do kuchni Marta.
Wróciła z parującym kubkiem w ręku.
- Pamiętasz jak podczas uroczystości w szkole byli fotoreporterzy?
- Oczywiście, taka ich praca, że robią reportaże i strzelają fotki.
- Nasz historyk, pan Gucio znaczy Gustaw ma na tym punkcie hopla i od razu wrzuca takie fotki na szkolnego fejsa. A że jeździ nieustannie z tymi swoimi wykładami po świecie, to i znajomych fejsbukowych ma całe mnóstwo. I okazało się, że jedna babka z Niemiec "zalajkowała" te fotki.
- Nadal nie rozumiem, co z tym ma wspólnego nieżyjący Janek?
- Oj, babciu, już Ci mówiłam, że on żyje! Ta babka to córka Jana, on Cię poznał na tych zdjęciach!
- Ale jak to żyje?!?
- Felicja, bo ta babka ma na imię dokładnie tak jak Ty babciu, napisała do Gucia i tyle wiem. Szczegółów jeszcze nie znam, ale mam adres mailowy do niej i skype`a. Ona bardzo chciałaby Cię poznać...

***
To tyle na dziś mój Drogi Czytelniku, miłej lektury:))

środa, 22 listopada 2017

Strzał w kolano;)

Witajcie:)
Jesień jaka jest każdy widzi. Niektórzy zaliczają spadek formy, niektórzy zagrzebują się w mięciusi koc i zapadają w sen niemalże zimowy. A inni muszą - tak jak ja - pocieszać się żarciem czekolady i innych słodkości;))) I bardzo podoba mi się filmik, który ostatnio krąży w sieci. Zmontowany fragment teleturnieju "Jeden z dziesięciu".
"Prowadzący pyta:
- Panie Marcinie co rośnie w miarę jedzenia?
Pan Marcin z oczywistym sapnięciem:
- Apetyt!
Sygnał złej odpowiedzi.
- Dupa! - poprawia prowadzący."


***
I w ten deseń.
Sobota rano. Maluchy gramolą się do mojego łóżka. Mamelek jeszcze zaspany:
- Mamo, mogę się coś zapytać?
- Słucham?
- Dlaczego grube dziewczyny mają duże cycki?

***
- Mamo, jak Ty umarniesz i Tata i Marta to kto się będzie mną opiekował? Kto mnie będzie mył??!?

***
Wracamy we trójkę z poczty. Martusia wyjaśnia bratu, że teraz jest mały, później będzie tatą a następnie zostanie dziadkiem.
- Mamo a czy Ty będziesz babcią?
- Mam nadzieję - odpowiadam. - Jak Ty będziesz miała dzieci.
- Ale ja nie chcę mieć dzieci!
- Nie teraz - uspokajam, tylko później.
- Nie, ja nie chcę mieć dzieci.
- Dlaczego?? - pytam zdziwiona.
- Bo trzeba się nimi opiekować. A one MARUDZĄ!

***
Maluchy oszalały na punkcie pluszaków "TY". Niektóre przyznaję są ładne (na przykład jak kotek, który Martusia dostała od Anstahe - dziękujemy bardzo - cały czas się podoba:))) Niektóre pozostawiają w kwestii urody wiele do życzenia;) Wybór ich jest PRZEOGROMNY. Martusia wpisała "TY" w wyszukiwarkę internetową i się zaczęło;)) Codzienne malowanie "TY" zwierzątek z imionami i wszystkimi detalami. Poszła już na to tona papieru. Maluchy zaczęły marudzić o kolejne, więc tak lekko na odczepnego powiedziałam, że może im Mikołaj przyniesie. Jednego wieczoru usiadły i napisały list do Mikołaja. Postanowiłam spełnić ich dziecięce marzenia. Wybrałam się na zakupy. Córcia zażyczyła sobie słonika Ellie. Marcel był bardziej ugodowy - wybrał liska, z którym był mniejszy problem;)
Okazało się, że w sklepach stacjonarnych nigdzie Ellie nie ma. Cóż było robić - zamówiłam przez internet. A co tam, niech się cieszy! Przesyłka miała dojść w ciągu trzech dni - czyli szybciutko. W tak zwanym międzyczasie moja córcia mówi do mnie podekscytowana - "Wiesz Mamusiu - ja już nie chcę słonika Ellie. Ja chcę Wishful jednorożca !"*




To tylko niewielki fragment całej kolekcji;)
* Także ten tego - zdążyło mnie trafić;))
***
A to te moje piękne zawieszki od Dusi z bloga Syndrom kury domowej TU. Dziękuję jeszcze raz:)



To tyle na dziś. Miłego:)

sobota, 18 listopada 2017

Robótka 2017 i nie tylko:)

Witajcie:)
Dziś będzie nieco inaczej niż ostatnio - ani drewna ani opowieści rodem z Mamelkowa;) Zdziwieni? Może troszkę;)

Najpierw mam dla Was dobrą wiadomość. Ruszyła ROBÓTKA 2017!!! Szczegóły TU.


Dla niewtajemniczonych, tych co wpadli tu przypadkiem lub tych co może zapomnieli. Czym jest ROBÓTKA? To możliwość sprawienia mega frajdy mieszkańcom Niegowa. Wieeelkiej Rodzince osób spokrewnionych bardziej sercem niż więzami krwi. Mieszkańcy Domu Pomocy Społecznej w Niegowie to osoby niepełnosprawne intelektualnie. To fantastyczne Damy, o których więcej TU oraz niesamowici Kawalerowie TU. Zajrzyjcie tam, wybierzcie sobie kogoś i niech moc będzie z Wami!

Jak sprawić by serduszka zabiły im mocniej, policzki pokrył radosny rumieniec a uśmiech nie schodził z ich twarzy? Wystarczy wybrać sobie konkretną osobę/osoby z danej Rodzinki i wysłać do nich kartę lub drobiazg. Ich ucieszy wszystko a najbardziej fakt, że ktoś tam z daleka o nich myśli!

Można wysłać karteczkę samodzielnie dzierganą lub kupioną, więc tłumaczenie, że "mam dwie lewe ręce do robótek" - mnie nie przekonuje;) Wystarczy mieć otwarte serce:)

❆❆❆ OFICJALNY ADRES do Robótkowej Korespondencji ❆❆❆ 

Dom Pomocy Społecznej dla Dzieci w Niegowie Rodzinka...dla...Wierzbowa 407-230 ZABRODZIE


***
Sprawa numer dwa:)

Dziś będzie o naszym angielskim kościele katolickim. Ot, mam dla Was takie myślę sobie ciekawostki z UK.

Zacząć muszę od tego, że w naszym małym W. mamy kościół katolicki, w którym raz w tygodniu (w niedzielę) mamy Mszę Św. po polsku o 12.30. Czasami jednak ta godzina totalnie nam nie pasuje i by nie jechać do pobliskiego miasta udajemy się na mszę do angielskiego kościoła katolickiego.

Kościół to może za dużo powiedziane, to raczej kaplica. Proboszczem jest tam od mniej więcej dwóch lat nowy ksiądz. Poprzedni ze względu na bardzo zły stan zdrowia musiał udać się na zasłużoną emeryturę.

I teraz uwaga - ten ksiądz ma żonę, dzieci i psa:))) Jak to możliwe spytacie? Ano możliwe. On poprzednio był zdaje się pastorem protestanckim. I stał się konwertytą na wiarę katolicką. Sam papież przychylił się do takiej zmiany. W Wielkiej Brytanii jest coraz mniej powołań i brakuje księży. Dlatego też chyba cieszyć się należy z każdej zbłąkanej owieczki;)))

Każdą Mszę Św. ksiądz rozpoczyna wchodząc głównymi drzwiami a nie jak u nas z zakrystii. Normalną sprawą są dziewczyny ministrantki. Po ok.5-7 minutach między wiernymi przechodzą specjalnie wyznaczone panie, które "zgarniają dzieci" ze sobą. Myślę, że jest to dość ciekawe rozwiązanie. Rodzic może w spokoju się pomodlić i wysłuchać kazania a ich latorośle w tym czasie są pod czujną opieką. Rysują/kolorują wówczas jakieś obrazki dotyczące danej Ewangelii.



Większość modlitw i czytania są opisane w co niedzielnym biuletynie, który każdy wierny otrzymuje (za darmo) wchodząc do świątyni. Nie ukrywam, że jest to duże ułatwienie i dla nas obcokrajowców. Przed każdym wyłożony jest śpiewnik. Pieśni są takie raczej tradycyjne, ale pięknie zaśpiewane (przynajmniej u nas;))) Dużo jest też kadzidła, które wprowadza niesamowitą atmosferę. Pamiętam za dzieciaka niezbyt lubiłam ten zapach a teraz dobrze mi się kojarzy:)

Na koniec Mszy Św. ksiądz wychodzi przed kaplicę i żegna się z KAŻDYM wiernym przez uścisk dłoni. Jak dla mnie, to mega miłe. Można później zostać na herbatce i ciasteczku, które organizują osoby związane z kościołem. Porozmawiać i miło spędzić czas. Zauważyłam też duże zaangażowanie osób świeckich. I przy samej celebracji Mszy Św. jak i wszystkiego związanego z kościołem.

***
To tyle na dziś. Miłego dnia:)





piątek, 10 listopada 2017

Część czwarta:))

Witajcie:)
Obiecany kolejny odcinek.


"... rano przy szosie A4 znaleziono młodego nieprzytomnego mężczyznę o nieustalonej tożsamości. Jak wynika ze wstępnych ustaleń - został potrącony przez samochód osobowy i pozostawiony bez pomocy...
...mężczyznę przewieziono do szpitala w Mamelkowie. Wszystkich, którzy byli świadkami tego zdarzenia prosi się o kontakt z komendą powiatową policji..."

***
Proboszcz Pszczółka zastanawiał się jak ma nakłonić panią Jadwigę, by w końcu udała się do lekarza. Jej zdrowie bardzo go niepokoiło. Widział jak siwiuteńka gosposia ledwo łapie oddech przy ataku kaszlu. Próbował wyręczać ją w codziennych obowiązkach, ale starsza pani za nic nie chciała ustąpić z placu boju. Był czwartek. Pomyślał, że zaprosi doktora Kowalika na sobotę, na partyjkę brydża na plebanię a przy okazji ten przyjrzy się jego gosposi.
Dziwiło go bardzo, że ta niezwykle skromna i spokojna na co dzień kobieta, potrafi być tak uparta jeśli chodzi o swoje zdrowie.

***
Agata wróciła ze szkoły podekscytowana. Rzuciła się na szyję panu Zbyszkowi i pokazała świeżo zdobytą odznakę z harcerstwa. Ten, dumny z przyszywanej wnusi zawołał ją do siebie do gabinetu. Róża w tym czasie szykowała obiad. Żaneta mimo, że już dawno przeprowadziła się do innego mieszkania przychodziła do mamy praktycznie codziennie. Teraz też próbowała coś pomóc w kuchni, ale aromat parującego mięsa zmusił ją do szybkiego odwrotu. Dokładnie tak jak w pierwszej ciąży tak i teraz zapach przygotowywanych posiłków wywoływał u niej mdłości. Właściwie musiała zmuszać się do jedzenia, bo kompletnie straciła apetyt.

Pan Zbyszek otworzył barek. Wyjął z niego drewnianą szkatułkę i pokazał Agacie jej zawartość. Małej oczy zaświeciły się niczym lampki na bożonarodzeniowej choince. Na bordowym aksamitnym materiale leżały wszystkie harcerskie odznaki i dwa znaczki Solidarności. 

***
Dolewski odebrał telefon krótko po tym jak znaleziono nieprzytomnego mężczyznę. Policja próbowała ustalić jego tożsamość. Niestety poszkodowany nie miał przy sobie żadnych dokumentów. W kieszeni zielonej kurtki odnaleziono tylko wydartą stronę z "Gazety Porannej". Pognieciona kartka była fragmentem artykułu o ostatnich odkryciach w Mamelkowie. Całość dotyczyła zagubionego  srebrnego kielicha opactwa tynieckiego oraz jego przypadkowego odnalezieniu. Oprócz tego mężczyzna miał przy sobie tylko stary wojskowy plecak z garstką ubrań i jakieś drobne monety. Nic więcej.

***
- Sprawdziliście odciski palców? - dopytywał wójt.
- Tak. Właśnie odebraliśmy faks i dlatego do Ciebie dzwonię - głos komendanta policji brzmiał mocno tajemniczo.
- No i co? Był notowany?
- Dwa miesiące temu wyszedł z paki po odsiedzeniu całego wyroku. Twardy typ. Cały pierdel o nim huczał. Siedział za napad z bronią w ręku. Przyszedł do celi i od razu podpadł chłopakom. Spuścili mu łomot taki, że przez tydzień dochodził do siebie w więziennym szpitalu, ale nie puścił pary z gęby. Twierdził, że potknął się przechodząc koło pralni. Od tego momentu automatycznie został żołnierzem Gejzy - tego zwyrola z mafii.
- I myślisz, że on tu przyjechał po nasz kielich?!?!? - oburzył się Dolewski.
- Kto go tam wie. Na wszelki wypadek zostawię przy nim jednego z naszych gdyby odzyskał przytomność.
- A jak on się w ogóle nazywa? - spytał wójt.
- Dortman. Damian Dortman. Muszę kończyć. Będziemy w kontakcie.

Dolewskiemu zrobiło się gorąco. Złapał za kluczyki od auta i wybiegł z biura.

***
Od lat wszyscy na niego mówili pan Józio. Czasami dodawali jeszcze Józio "złota rączka". Już jako czteroletni  chłopiec chodził dumny i powtarzał, że zostanie kościelnym tak jak dziadziuś i tato. Rodzicie próbowali troszkę ostudzić jego zapał i doradzili mu szkołę mechaniczną wiedząc, że ma do tych spraw smykałkę. On, owszem szkołę skończył - nawet z wyróżnieniem, ale zdania nie zmienił. Pojawiał się coraz częściej na plebani by pomóc starzejącemu się ojcu. Gdy urodził mu się syn, był przekonany, że i on pójdzie w ślady męskich przodków. Jego jednak kompletnie nie ciągnęło w te rejony. Wybrał akademię muzyczną. Tam na pierwszym roku zakochał się ze wzajemnością w ślicznej wiolonczelistce a gdy ukończyli studia wyruszyli w trasę. Udało im się dostać wspólny kontrakt na wycieczkowy statek "Oronis". Niestety rzadko kontaktowali się z panem Józefem. Sam próbował tłumaczyć to sobie specyfiką ich pracy, ale niejednokrotnie ocierał łzę gdy oglądał ich wspólne zdjęcia. Po jakimś czasie poinformowali go, że zostanie dziadkiem. Chodził wszędzie cały dumny i nie mógł się doczekać wnuka.

***
Dolewski lekko zdyszany dobiegł do kościelnej furtki. Ksiądz Pszczółka akurat wrócił z ogrodu.
- Niech będzie pochwalony - zaczął wójt. - Mam do proboszcza pytanie.
- Na wieki - zdążył odpowiedzieć pleban. - Pytaj proszę.
- Czy kościelny ma wnuki?
- Z tego co się orientuję, to ma tyko jednego wnuka.
- A czy pamięta ksiądz jak on ma na imię?
- Oczywiście, przecież pan Józio wiecznie męczy mnie tą jego fotografią z żółtą koparką - dodał zawstydzony proboszcz. - Jego wnuk to już stary koń a on cały czas mówi na niego Damianek. Jak to dziadki potrafią być zabawne. Trochę mi go żal, bo rodzina jakby zapomniała o naszym poczciwym kościelnym a to dusza nie człowiek.
- Obawiam się, że jednak sobie o nim przypomnieli...
- Co masz na myśli?
- Kojarzy ksiądz tego potrąconego wczoraj w nocy mężczyznę, który leży u nas w szpitalu?
- Tak, byłem dziś w południe u niego. Nie wygląda najlepiej.
- Właśnie się dowiedziałem - to Damian Dortman. Wnuk Józefa Dortmana.

***

To tyle na dziś:) Miłego:)